W takim komforcie, jak z tą drużyną, jeszcze w swojej karierze nie pracowalem - mówił po meczu z Wisłą Płock trener szczypiornistów Nielby Wągrowiec Dariusz Molski. Jego podopieczni zdołali urwać punkt mistrzowi Polski, choć prawie wszyscy gracze Nielby zmagali się z grypą jelitową.
Radość po tym spotkaniu była w Wągrowcu olbrzymia - po raz pierwszy Nielba urwała punkt mistrzowi Polski, po raz pierwszy też taki punkt w swojej pracy trenerskiej zdobył trener Dariusz Molski. Przed spotkaniem nastroje w Wągrowcu wesołe bynajmniej nie były - prawie wszystkich graczy dopadła grypa jelitowa - oszczędziła tylko Rafała Przybylskiego i młodego bramkarza Norberta Witkowskiego. Jeszcze w piątek nie było wiadomo, czy Nielba zdoła zebrać skład na ten mecz, a próba odwołania spotkania się nie powiodła, bo klub nie był już w stanie zdobyć poświadczenia o epidemii wydanego przez sanepid.- Rozumiem, że są pewne przepisy, ale nie w każdej sytuacji powinny być egzekwowane tak literalnie. Czasem trzeba być człowiekiem, piątek, godz. 14.30 to wcale nie jest za późno, by w wyjątkowej sytuacji odwołać mecz. Czy my mieliśmy może poinformować związek 16 sierpnia, że 11 grudnia zespół dotknie epidemia? - zastanawiał sie trener Molski.
Szkoleniowiec Nielby odwołał piątkowe zajęcia i czekał na to, co się stanie w sobotę. - Po raz pierwszy nie przygotowałem żadnej odprawy na spotkanie, bo nie widziałem sensu by to robić. Nie miałem zielonego pojęcia kto ostatecznie stawi się w szatni, a kto nie da rady. A jak już przyjdą, to kto i jak długo da radę fizycznie wytrzymać takie spotkanie. Grypa jelitowa to paskudna rzecz, oznacza nie tylko wysoką gorączkę i ból głowy czy dreszcze, ale też problemy żołądkowe i łamanie w kościach. Po wejściu do szatni zapytałem więc, kto nie jest w stanie grać, ale nikt nie odpowiedział. Widziałem jednak, że paru z nich się nie nadaje do gry. Ostatecznie wpisaliśmy do protokołu 12 chłopaków, reszta siedziała za ławką i w każdej chwili mogliśmy kogoś dopisać - mówi trener Molski. - Prosiłem ich tylko, by się nie maksymalnie nie spinali na boisku, bo to by groziło katastrofą - śmieje się.
Jeżeli w trakcie meczu zawodnik chce się udać do szatni czy ubikacji, musi zgłosić to komisarzowi zawodów. Ponieważ sytuacja graczy z Wągrowca była taka a nie inna, gospodarze dostali zgodę na wyjścia do toalety bez informowania komisarza. Szybko okazało się, że mimo osłabienia wągrowczanie są też w stanie wytrzymać tempo gry narzucone przez mistrzów Polski. Czy gdyby graczy Nielby nie dopadła choroba, ograliby Wisłę po raz pierwszy w historii? - Nie chcę spekulować, bo takie spekulacje nie mają sensu. I tak połaskotaliśmy Pana Boga po piętach. Cieszmy się tym co jest, a nie tym, co mogłoby być - przyznaje Molski, któremu zaimponowała wola walki zawodników i gra w obronie. - Obrona była majstersztykiem, najlepsze 5-1 odkąd przyszedłem do Wągrowca. Zagraliśmy mądrze, bo ten punkt mogliśmy zdobyć tylko dzięki grze z głową, a nie samym ciałem. Na taką walkę Wisła jest dla nas za silna. Przez dwa tygodnie chłopaki przygotowywali się do tego meczu w głowach, a ja zadbałem tylko o to, by się nie zajechali - opowiada szkoleniowiec Nielby, który jest dumny z tego, że pracuje z Nielbą. - W takim komforcie z drużyną jeszcze nie pracowałem. W sobotę wyszła ich szalona ambicja i wola walki, mam za to wielki szacunek dla nich. Nie wiem, może czekaliśmy na siebie, a może spotkaliśmy się we właściwym momencie? - kończy Dariusz Molski.
Dziś szczypiorniści Nielby nie mają treningu, a tylko odnowę biologiczną. Mają też wiele pić, najlepiej stuprocentowych soków. W sobotę Nielba rozegra ostatni mecz w tym roku - w Lubinie z Zagłębiem. |
||
| Andrzej Grupa |

