|
|
Maciej Scherfchen znów zagra na Bułgarskiej (fot.A.Grupa)
|
Lech Poznań zagra w sobotnie popołudnie z Arką Gdynia. Choć równie dobrze można by napisać, że spotka się Lech z... Lechem. W kadrze gdyńskiego zespołu jest bowiem aż sześciu byłych graczy poznańskiej drużyny plus poprzedni trener Kolejorza Czesław Michniewicz.
Trener Franciszek Smuda denerwuje się, kiedy o tych zawodnikach mówi się, że byli w Poznaniu niechciani. - Niechciani? Przecież większość sama odeszła - argumentuje. Po części ma rację. Damian Nawrocik odszedł bowiem jeszcze zanim pojawił się pomysł zainwestowania w klub przez holding Amica. Zbigniew Zakrzewski był w nowym Lechu i w pewnym momencie skorzystał z klauzuli, jaką miał zapisaną w kontrakcie. Szwajcarski Sion zapłacił 450 tysięcy euro kwoty odstępnego zagwarantowanej w umowie. Maciej Scherfchen i Marcin Wachowicz także byli u Smudy. Oni zaczęli rozglądać się za nowymi pracodawcami, kiedy stracili miejsce w składzie Lecha. I tylko Błażej Telichowski oraz Anderson da Silva od początku nie mieli szans na związanie się z nowym Kolejorzem, który był tworzony latem 2006 roku.
Co ciekawe, w zespole rywala będzie w sobotę wieczorem biegało więcej Wielkopolan niż w ekipie gospodarzy! Jak to możliwe? Wystarczy tylko policzyć. W Lechu w obecnej kadrze ze stolicy Wielkopolski są tylko Krzysztof Kotorowski, Bartosz Bosacki i Jakub Wilk. Po przeciwnej stronie za poznaniaków należy uznać: Zakrzewskiego, Nawrocika, Telichowskiego i Scherfchena. Choć od razu należy wyjaśnić, że Telich pochodzi z Nowego Tomyśla, a Szeryf - z Pniew.
Oczywiście wszyscy byli lechici, włącznie z Czesławem Michniewiczem, mają wielki sentyment do Kolejorza. Liczenie jednak z tego powodu na jakąkolwiek taryfę ulgową nie wchodzi w grę. Można się było przekonać o tym już jesienią. Arka wygrała przed własną publicznością z Lechem 2:1, a dwa gole wbił Zakrzewski. Z kolei Ruch Chorzów ze świetnie grającym Scherfchenem pokonał poznaniaków 2:0. - Oczywiście na półtorej godziny w sobotę zapomnimy o tym, że jesteśmy poznaniakami. A po końcowym gwizdku będziemy już mieli dookoła wielu znajomych i kolegów - opowiada Nawrocik, który ma wielkiego pecha. Ze względu na kontuzję odniesioną na wtorkowym treningu nie zagra. Mimo tego, że teraz będzie kibicował Arce, nie wyrzeka się tego, że wychował się na poznańskim Łazarzu. - Służy mi morskie powietrze, ale jednak Poznań to Poznań. Jestem pyrą i na pewno po zakończeniu kariery tutaj zamieszkam - deklaruje.
Tymczasem dla Lecha sytuacja w tabeli znów układa się doskonale. Już wiadomo, że także po 21. kolejce nie grozi utrata pozycji lidera. Zadecydował o tym wynik piątkowego spotkania, w którym Legia Warszawa tylko zremisowała bezbramkowo z Górnikiem Zabrze. Przed sobotnim występem poznaniacy mają dwa punkty przewagi nad legionistami. A także cztery nad Wisłą. W niedzielę są derby Krakowa, których wiślacy wcale nie muszę wygrać. Dlatego znów można wypracować solidną zaliczkę. Trzeba jednak ograć gdynian. Wtedy dwutygodniowa przerwa na reprezentację lechici spędzą w wyśmienitych humorach.
Smuda najbardziej cieszy się, że w szatni nie ma rozmów o meczu przyjaźni. Bo też prawda jest taka, że kiedy dochodzi do konfrontacji, w których kibice obu zespołów przyjaźnią, o zwycięstwa Lechowi ciężko. - Tym razem jest cisza w tej sprawie. Widać, że zawodnicy chcą za wszelką cenę wygrać i nie zajmują się całą otoczką spotkania. To jest pozytywne. Moje marzenie na sobotę? Obojętnie jak, ale wygrać. 1:0 biorę w ciemno - opowiada poznański szkoleniowiec.
W kilku źródłach pojawiła się informacja, że dla trenera będzie to mecz numer 400 na ławce trenerskiej w polskiej lidze. To nie jest jednak prawda. Na jubileusz Smuda musi jeszcze trochę poczekać. Statystycy różnie interpretują niektóre jego spotkania. Na przykład wliczają bądź nie walkower w barwach Widzewa za starcie z Sokołem Tychy. Albo wątpliwości dotyczą wliczania spotkania z Pogonią Szczecin, także w łódzkim klubie. Wtedy gra była przerwana po 12 minutach i po kilkunastu dniach mecz został rozegrany raz jeszcze. Dla niektórych osób jest to powód do liczenia dwóch spotkań do tabel. Sumują jednak, w optymistycznym wariancie jubileusz przypadnie za dwa tygodnie z Wisłą.
Kolejorz wystąpi dzisiaj w takim samym składzie, jak tydzień temu w Zabrzu. Wątpliwości dotyczyły obsady bramki, ale sprawa została szybko rozwiązana. Ivan Turina dopiero w czwartek wznowił treningi po chorobie. Dlatego między słupkami stanie znów Krzysztof Kotorowski. A od poniedziałku obaj znów będą na zajęciach toczyć walkę o podstawową jedenastkę. Chorwat w sobotę, mimo osłabienia, usiądzie na ławce rezerwowych. Jest to spowodowane tym, że młody Jasmin Burić potrzebuje jak najwięcej gry i wyjeżdża z zespołem Młodej Ekstraklasy na mecz do Gdyni.
Na ławce rezerwowych usiądzie Sławomir Peszko, który tydzień wcześniej zagrał po raz pierwszy w tym roku o punkty. Półgodzinny występ okrasił asystą. Jednak jeszcze nie wybiegnie od pierwszej minuty na boisko. - To byłby zbyt ofensywny wariant. Nie możemy tak od razu rzucać się na rywala. Sławek spokojnie poczeka w rezerwie i wejdzie, kiedy przeciwnik będzie już trochę podmęczony. Wtedy więcej nam da. Bo na 90 minut jeszcze nie ma sił - tłumaczy Smuda. Od początku zatem zagra trio ofensywne Hernan Rengifo, Semir Stilić i Robert Lewandowski. W środku boiska będą wspierani przez Dimitrije Injaca, Rafała Murawskiego i Tomasza Bandrowskiego.
|