|
|
Mateusz Możdżeń zdobył swojego drugiego gola w tym sezonie, ale pierwszego przy Bułgarskiej (fot. Andrzej Grupa)
|
489 minut - tyle kibice Lecha Poznań czekali na bramkę zdobytą przez Kolejorza. W meczu z ŁKS poznaniacy nie tylko przełamali strzelecką niemoc, ale i uczynili to w dość efektowny sposób, zwyciężając 4:0. Wszystkie gole padły przed przerwą - do siatki trafiali kolejno Siergiej Kriwiec, Aleksander Tonew, Artjom Rudniew oraz Mateusz Możdżeń.
Poznaniacy przystępowali do tego spotkania z nożem na gardle - po blisko dwóch miesiącach bez zwycięstwa i strzelonego gola. Fatalne wyniki, do tego niechęć kibiców do trenera Jose Mari Bakero oraz proponowanej przez niego wizji Lecha, a jeszcze zimno oraz deszcz - to wszystko sprawiło, że po raz pierwszy od kilku lat mecz Kolejorza przy Bułgarskiej obserwowało mniej niż 10 tysięcy widzów. Lech okazale wygrał 4:0, ale zaufanie do Bakero pozostało takie same: "Ta wygrana nic nie zmienia, Bakerowi do widzenia" - skandowali szalikowcy w trakcie drugiej połowy.
- Po meczu można powiedzieć, że trafił nam się niezbyt silny rywal, a tak nie jest. Wreszcie szybko zdobyliśmy bramkę, a wtedy gra się łatwiej i to rywal musi się otworzyć - analizował po spotkaniu kapitan Lecha Grzegorz Wojtkowiak. Po pierwszych, dość nerwowych minutach, Lech zdołał ogarnąć swoją grę i częściej atakował skrzydłami. W 13. minucie z lewej strony dośrodkował Artjom Rudniew, a Siergiej Kriwiec bez zastanowienia uderzył piłkę na bramkę Pavle Velimirovicia. To była słuszna decyzja - mocne uderzenie zaskoczyło Czarnogórca.
Lech nie poszedł za ciosem, dość szybko mógł sam stracić gola. Bliski powodzenia był Sebastian Szałachowski, którego podkręcony strzał nieznacznie minął słupek, a później błąd popełnił Jasmin Burić. Bramkarz Kolejorza wybiegł poza pole karne, ale przed nim do piłki dopadł Marcin Mięciel. Napastnik ŁKS nie zdecydował się od razu na strzał do pustej bramki i to był błąd. Uderzył za późno i sprzed linii zdążył piłkę wybić Wojtkowiak.
W ostatnim kwadransie przed przerwą Lech rozbił rywala. Na 2:0 po genialnym podaniu Rafała Murawskiego podwyższył Aleksandar Tonew, który znalazł się sam na sam z Velimiroviciem. Dwie minuty później koszmarny błąd popełnił obrońca ŁKS Cezary Stefańczyk - ten sam, który w pierwszym meczu tych zespołów zaliczył samobója. Tym razem zanotował "tylko" asystę - źle podał do bramkarza, piłkę przejął Rudniew - przyjął ją na klatkę piersiową, odwrócił się do bramki i strzelił w krótki róg. Tuż przed przerwą na 4:0 podwyższył Mateusz Możdżeń po złym piąstkowaniu piłki przez bramkarza ŁKS. - Trudno wytłumaczyć tę skuteczność, ale taki jest urok sportu - komentował Możdżeń.
Z drugiej części gry niezadowolony był nawet Bakero. Lech nie chciał atakować rekordowego zwycięstwa w ekstraklasie, a to należy do GKS Bełchatów (6:0 z Podbeskidziem Bielsko-Biała). Gracze ŁKS grali dość pasywnie, poznaniacy podawali sobie piłkę na połowie boiska, a kibice raz po raz się irytowali. Lech groźnej sytuacji już nie stworzył, Burić został trafiony z bliska przez Mięciela, ale honorowego gola nie było. - Możecie powiedzie, że po przerwie Lech tak grał, bo prowadził już 4:0. A ja powiem, że Lech grałby tak samo, gdyby wynik był inny, a my nie popełnilibyśmy w pierwszej połowie tylu błędów - komentował trener ŁKS Ryszard Tarasiewicz. - Zagraliśmy bardzo dobrze w pierwszej połowie, może poza pierwszymi minutami. A druga? Wymagam od zespołu więcej - przyznał z kolei Bakero.
LECH POZNAŃ - ŁKS ŁÓDŹ 4:0 (4:0)
Bramki: 1:0 Kriwiec (13.), 2:0 Tonew (31.), 3:0 Rudniew (33.), 4:0 Możdżeń (43.)
LECH: Burić - Wojtkowiak, Djurdjević, Kamiński, Henriquez - Murawski, Injac, Możdżeń (63. Drygas) - Tonew (71. Stilić), Rudniew (82. Ubiparip), Kriwiec.
ŁKS: Velimirović - Stefańczyk, Klepczarek, Kłus Ż (63. Romańczuk), Kaczmarek - Szałachowski (90.+1 Nowak), Pruchnik, Łukasiewicz, Kascelan, Smoliński - Mięciel.
|