|
|
Siatkarze MKS Kalisz mają tydzień na wyciągnięcie wniosków z sobotniej porażki (fot. Marcin Ostajewski)
|
Pod koniec rundy zasadniczej poprzedniego sezonu kaliscy siatkarze doznali wstydliwej porażki w Sulęcinie, ulegając miejscowej Olimpii 0:3. W sobotę historia się powtórzyła. Tym razem jednak pogromcą ekipy Mariana Durleja i Andrzeja Płócienniczaka był beniaminek z Międzyrzecza.
- Pierwsze skojarzenie po tym meczu to Sulęcin - mówił zdenerwowany II trener MKS. Andrzej Płócienniczak długo nie mógł się pogodzić z tamtą wpadką, bo tak naprawdę miała ona spory wpływ na losy jego zespołu w dalszej części rozgrywek. Gdyby wtedy z Olimpią kaliszanie wywalczyli komplet punktów, do fazy play-off przystąpiliby z pierwszego miejsca. Ostatecznie musieli zadowolić się trzecią lokatą. Niedługo potem odpadli z walki o awans.
Sobotnią porażkę na razie trudno rozpatrywać w aż tak szerokim kontekście, gdyż do końca sezonu jest jeszcze cała masa spotkań, a i zasady rozgrywania play-off mogą się zmienić. Ale jedno jest pewne - w sytuacji kiedy gracze z Kalisza każdy mecz powinni traktować jak okno wystawowe, bo przecież wciąż trwają poszukiwania sponsorów, którzy zechcieliby wesprzeć zespół i pomóc w awansie do I ligi, sobotni wynik chluby im nie przynosi.
Orzeł to nowicjusz, jeśli chodzi o rozgrywki centralne. Po międzyrzeckiej siatkówce pierwszoligowej, w którą miasto pompowało spore pieniądze (nawet ok. 600 tys. zł rocznie) pozostała tam jedynie nazwa, którą ze względu na tradycję postanowił przyjąć po awansie występujący jeszcze niedawno w trzeciej lidze MOSiW Międzyrzecz. Pozostała też mała grupka zawodników, pamiętających jeszcze smak rywalizacji na zapleczu ekstraklasy. W tym gronie jest bardzo dobrze znany w Kaliszu rozgrywający Piotr Haładus, który przed dwoma laty występował w Grześkach. Mimo to, beniaminek z lubuskiego mocno postawił się ostatnio akademikom z Poznania (2:3). W ten weekend miał jeszcze więcej powodów do zadowolenia.
Marian Durlej od początku posłał na parkiet tę samą szóstkę, która wywalczyła ostatnio trzy punty w Ozorkowie. Już po pierwszym secie musiał jednak dokonać kilku zmian, bo gra jego podopiecznych nie wyglądała najlepiej. Dawid Kowalewski, Bartosz Łazarowicz, ani nawet Michał Wroniecki czy Mateusz Borucki nie potrafili jednak odmienić kiepskiego oblicza kaliskiego zespołu. Kilka cieplejszych słów padło pod adresem Wronieckiego, który wystąpił w roli przyjmującego i wzmocnił nieco kaliską zagrywkę, ale ogólny obraz MKS prezentował się mizernie. - Kompletnie nic nie wychodziło. Wyglądaliśmy tak, jakbyśmy zapomnieli na czym polega gra w siatkówkę - relacjonuje Plócienniczak. Jego podopieczni wyrównaną walkę toczyli w każdej partii do 17.-18. punktu. Potem dawali rywalom odskoczyć i szybko musieli zbierać się do drogi powrotnej. - Może to i dobrze, że na początku spotkał nas taki zimny prysznic. Teraz trzeba to wszystko przeanalizować i odbyć męską rozmowę - zapowiada II trener MKS. Czy wnioski z niej zostaną wyciągnięte, przekonamy się w następnej kolejce, gdy nad Prosnę przyjedzie Krispol Września. Z ekipą Krzysztofa Wójcika o dobry wynik będzie o wiele trudniej niż w sobotę.
Orzeł Międzyrzecz - MKS Kalisz 3:0 (25:21, 25:20, 25:21)
MKS: Spychała, Makowski, Dłubała, Lipa, Kuna, Porada, Odwarzny (libero) oraz Kowalewski, Łazarowicz, Wroniecki, Borucki.
|