|
|
Marian Durlej wciąż myśli o awansie. Swój cel chce osiągnąć najpóźniej w przyszłym sezonie (fot. Marcin Ostajewski)
|
- Wiecznie w drugiej lidze grać się nie da, ale my zaczynamy budowę drużyny od nowa i nie potrafię odpowiedzieć, które miejsce zajmiemy w tym sezonie - mówi Marian Durlej. Ze szkoleniowcem siatkarzy MKS Kalisz podsumowaliśmy okres przygotowawczy oraz rozmawialiśmy o planach na bliższą i dalszą przyszłość.
WIELKOPOLSKISPORT.PL: Tak wyobrażał sobie pan skład i formę swojej drużyny na kilkadziesiąt godzin przed startem rozgrywek, kiedy w sierpniu po raz pierwszy spotkaliście się na treningu?
MARIAN DURLEJ (trener siatkarzy MKS Kalisz): Myślę, że tak. Musieliśmy trochę inaczej popracować w tym roku, bo możliwie, że zmieni się sposób rozgrywania play-off (mogą w nich rywalizować zespoły z miejsc 1-8, a nie jak do tej pory 1-4 - przyp. red.) Widać jednak, że forma idzie w górę. W tej chwili jestem spokojniejszy niż jeszcze tydzień czy dwa tygodnie temu.
Czegoś nie udało się zrealizować w tych ostatnich tygodniach?
Zabrakło dwóch sparingów. Spowodowane to było drobnym zamieszaniem organizacyjnym związanym z utworzeniem MKS Kalisz. Teraz jednak wszystko jest w porządku.
Na początek jedziecie do Ozorkowa, gdzie ostatnio mieliście okazję zagrać w turnieju towarzyskim i gładko pokonać Bzurę 3:0. Sobotnie spotkanie będzie podobne?
Nie sądzę! W trakcie turnieju gospodarze na pewno chcieli z nami wygrać, ale był to już trzeci mecz w imprezie. Bzura ma w swoich szeregach dwóch doświadczonych graczy. W ich przypadku ewidentnie dało o sobie znać zmęczenie. W sobotę jednak wszyscy mają do rozegrania tylko jedno spotkanie. Na pewno nie możemy liczyć na łatwe zwycięstwo.
Mimo to jedziecie tam rozegrać trzy sety.
Bardzo bym chciał, ale liczy się przede wszystkim zwycięstwo za trzy punkty. Żeby je wywalczyć, musimy wyjść na parkiet mocno skoncentrowani i z odpowiednim szacunkiem dla rywala.
Rozumiem, że pierwszą szóstkę na to spotkanie ma pan już w głowie.
Oczywiście. Jeśli w ostatniej chwili nic się nie zmieni, to na przyjęciu zagrają Dłubała i Makowski, na środku Lipa i Kuna, na rozegraniu Spychała, w ataku Porada oraz Odwarzny na libero.
Kogoś panu brakuje w tym zespole? Nie chodzi już nawet o nazwiska, ale graczy o określonych cechach.
Przydałby się zawodnik, który sięga bardzo wysoko piłkę i może atakować z lewego skrzydła. Być może takim graczem będzie Michał Makowski, który potrafi zbijać na bardzo dobrym zasięgu. Nie wiem tylko czy już w tym sezonie uda mu się w pełni przestawić z plaży na halę. Wszystko wyjdzie w praniu. Na pewno ma zadatki na świetnego siatkarza.
W sparingach często ustawiał pan Michała Wronieckiego na pozycji przyjmującego. Ten wariant wciąż jest aktualny?
Teraz już trochę mniej. Po chorobie wraca Dawid Kowalewski, który jest w coraz lepszej dyspozycji. On prawdopodobnie będzie trzecim przyjmującym. Michał wróci na swoją nominalną pozycję i ma rywalizować z Bartkiem Odwarznym na libero.
Kilka dni temu rozmawiałem z Mateuszem Boruckim. Stwierdził, że największą siłą MKS będzie zespołowość. Pan zgodzi się z tą opinią?
Mateusz ma rację! To było zaplanowane już od początku. Ja jestem zwolennikiem takich zespołów, gdzie ludzie się szanują, nie ma żadnych wybryków i zbędnych dyskusji czy pyskówek. Nie wyobrażam sobie, żeby w tym przypadku było inaczej.
Po pierwszych treningach stwierdził pan, że możemy być świadkami niespodzianki, bo zespół, który rozpoczął przygotowania, wcale nie prezentuje się gorzej od drużyny z poprzedniego sezonu. Mimo że latem odeszło pięciu zawodników z Adamem Łukasikiem na czele. Teraz podtrzymuje pan te słowa?
Tak. Podczas pierwszego sparingu z Siatkarzem Wieluń chłopcy grali jednak na większej świeżości. Dlatego wyglądało to tak dobrze. Potem trochę "siedli". Ale to wynikało z tego, że niektórzy wcześniej przez dłuższy czas nie trenowali. Nie ma się co dziwić, że czuli się zmęczeni. W tej chwili powoli dochodzimy do siebie. I czekamy na niespodziankę. (śmiech)
W takim razie z jakim nastawieniem przystępujecie do tego sezonu?
Chciałbym znaleźć się w czwórce, bez względu na miejsce. Choć przy zmianie systemu play-off zupełnie nie będzie miało to znaczenia, to pozycja w czołówce potwierdzi, że jest w tym zespole jakaś siła.
Interesuje się pan tym, co dzieje się w obozach rywali? Wiecie już, kto będzie rozdawał karty w tym sezonie?
Przyznam szczerze, że nie bardzo się tym zajmuję. Wiadomo, że wśród faworytów będzie Krispol i AZS UAM Poznań. Do tego duetu trzeba by doliczyć Morze Bałtyk Szczecin i Sobieskiego Żagań. Niewykluczone, że pojawi się jakiś czarny koń.
W jednej z naszych rozmów rzucił pan kiedyś, że jeśli w tym roku nie uda się awansować, zrezygnuje pan z pracy. To jeszcze aktualna deklaracja?
To nie do końca tak! Powiedziałem kiedyś, że bycie zespołem drugoligowym musi się kiedyś skończyć, a w związku z tym interesuje mnie awans. Nie mówiłem natomiast, że jeśli nie awansujemy w tym roku, to odejdę. Zwłaszcza w obliczu nowej sytuacji klubu. Jesteśmy cały czas w trakcie układania wielu spraw po przejęciu drużyny przez MKS Kalisz. Cały czas są pewne problemy - zarówno kadrowe, jak i finansowe...
Potrzeba jeszcze sponsorów...
Otóż to! Myślę jednak, że do końca grudnia uda nam się wspólnymi siłami dozbierać brakującą kwotę.
Można powiedzieć, że ten zespół narodził się na nowo?
Zdecydowanie tak! Przecież gdyby nie wsparcie miasta, dziś siatkówki męskiej w Kaliszu by nie było. To również wpłynęło na to, że kadrę kompletowaliśmy dość późno. Trudno żebym w takich okolicznościach odchodził. Mogę zagwarantować, że wycisnę z chłopaków ile tylko się da. Sam też dam z siebie wszystko. Na jakie miejsce to wystarczy, nie jestem w stanie odpowiedzieć. Na pewno jednak nie skłoni mnie do rezygnacji z pracy.
Jednak w ciągu trzech lat Kalisz powinien się doczekać awansu. Obliguje was do tego umowa pomiędzy miastem i MKS.
I to jest bardzo dobre myślenie. Mówiłem wcześniej, że nie można cały czas grać w drugiej lidze. Mamy trzy lata na zbudowanie odpowiedniego zespołu, ale ja nie mam zamiaru czekać aż tak długo.
|