WIELKOPOLSKI SPORT: Jeszcze niedawno praca z reprezentacją kobiet, dosłownie przed chwilą w klubach ekstraklasowych, a dziś drugoligowe Szczypiorno. Jak przeciętny kibic ma to sobie wytłumaczyć?
ZENON ŁAKOMY: W tym zakresie, w jakim chcę pomagać Kaliszowi, to jest zupełnie coś innego niż być trenerem na co dzień i od wszystkiego. Wyraźnie pokreślam - ze względów osobistych nie stać mnie na to, żeby móc tutaj pracować w takim wymiarze, jak do tej pory z klubami ekstraklasowymi. Jestem natomiast z urodzenia Wielkopolaninem, mam niedaleko do Kalisza i nie uważam, abym musiał się wstydzić pracy w drugiej lidze. Chcę tylko i wyłącznie pomóc. Nie muszę wyrabiać sobie nazwiska, bo ten etap dawno mam już za sobą. Patrząc natomiast na tę bazę, zaangażowanie działaczy i chęć poprawy gry, wydaje mi się, że będę mógł dać coś od siebie. To jest dla mnie najważniejsze.
Ta baza i podejście działaczy były decydujące przy podejmowaniu decyzji o współpracy ze Szczypiornem?
Zdecydowanie tak. Ostatnio pracowałem w Zagłębiu Lubin i Wiśle Płock. Oba te kluby są pod skrzydłami dwóch potencjalnie największych przedstawicieli naszej gospodarki - Orlenu i KGHM. Mimo to, jest tam najgorsza baza treningowa i widowiskowa. To paradoks, który w Polsce dość często ma miejsce. Tak samo jest tutaj, tylko że w odwrotną stronę. Jest piękny obiekt, a nie ma dobrej drużyny. Trzeba jasno powiedzieć, że czasy, w których bazowało się tylko i wyłącznie na wyszkoleniu minęły. Teraz, jeśli myśli się o czymś z najwyższej półki, liczy się przede wszystkim baza organizacyjno-finansowa. W Kaliszu są świetne warunki. Teraz wszystko zależy tylko od tego, jak ci młodzi ludzie będą zdeterminiowani, aby przybliżyć sobie cel, który się przed nimi stawia.
Podobno zgodził się pan pracować za zwrot kosztów dojazdu?
W kwestii wynagrodzenia wszystko będzie zależało od wymiaru mojej pracy. Nie jestem ani milionerem, ani człowiekiem, który może żyć tylko z powietrza. Jakiś ekwiwalent za nakłady, czy dojazdy na pewno będzie miał miejsce. Trzeba jednak to wszystko najpierw poukładać, żeby obie strony były w miarę zadowolone.
Zdaje pan sobie sprawę, że wielu będzie odbierać to jako formę asekuracji z pańskiej strony? Pracując na takich warunkach, w razie ewentualnych niepowodzeń, zawsze można bez problemu "zabrać zabawki" i wrócić do domu. Bez konieczności tłumaczenia się przed kimkolwiek i z czegokolwiek.
W dzisiejszych czasach, kiedy nie ma wyniku, nikt nie zwraca uwagi na to, kto był na danym stanowisku i jak pracował wcześniej. Jest zwolniony i koniec. Ta zasada działa w obie strony. Trener też powinien mieć prawo do rezygnacji, jeśli nie jest zadowolony ze współpracy - tak dla dobra sprawy. Natomiast ja się nigdy nie asekurowałem. Jeszcze raz zaznaczę - chcę tylko pomóc. Nie sobie, ale tej drużynie i młodemu trenerowi, który być może rozpocznie w ten sposób jakąś większą szkoleniową karierę. Już wcześniej wspomniałem, że nie muszę wyrabiać sobie nazwiska. Nie ma też w tej decyzji żadnych innych podtekstów. Po prostu chcę pomóc temu środowisku.
Wyobraźmy sobie więc taką sytuację. Po pięciu kolejkach przyszłego sezonu jeden z ekstraklasowych klubów ma na koncie zero punktów. Działacze dzwonią do pana i proponują pracę. Jaka jest pańska odpowiedź?
Wie pan, z tym żyję praktycznie bez przerwy. Podobna sytuacja miała miejsce ostatnio, kiedy pomagałem Jackowi Okpiszowi w Chrobrym Głogów. W tej chwili jednak moje losy tak się ułożyły, że muszę zajmować się jeszcze czymś innym poza piłką. Dlatego w takich sytuacjach będę raczej grzecznie odmawiał. Raczej, bo nigdy nie należy mówić nigdy.
Podczas swojego pobytu w Kaliszu miał pan już okazję obejrzeć drużynę. Jeden z pańskich poprzedników, Witold Rojek, stwierdził, że bez wzmocnień o awansie nie ma co marzyć. A tu, na razie szykują się osłabienia. Z zespołem żegnają się dwaj czołowi gracze Paweł i Krzysztof Dutkiewiczowie.
Faktycznie jest tak, że jeśli się chce robić postępy, to są dwie drogi. Jedna poprzez ciężką pracę - przepraszam za to brzydkie określenie - z materiałem ludzkim. Druga to kupowanie zawodników. Z tego co wiem, Kalisza nie stać na kupowanie. Zresztą, jeśli Dutkiewiczowie odchodzą, to musieli zostać czymś przekonani do tej decyzji. ASPR Zawadzkie to nie jest jakaś wielka firma, więc można przypuszczać, że w grę wchodzą kwestie materialne. W moim przypadku mogę opierać się tylko i wyłącznie na własnym warsztacie i wierzyć, że poprzez pracę trenerską podniosę poziom.
Jakieś transfery jednak będą. Zespół ma wzmocnić dwóch-trzech nowych graczy. Jaki będzie miał pan wpływ na to, kto przyjdzie do drużyny?
Największy wpływ na transfery pewnie będzie miał księgowy (śmiech). A mówiąc poważnie, mam w Polsce spore rozeznanie. Często jest tak, że komuś brakuje jakiegoś zawodnika, inny znowu ma za dużo. Zawsze można się dogadać. Myślę jednak, że skoro większość tutejszych chłopaków to studenci, to powinno się pójść na początku w kierunek akademicki. Jeśli uczelnia będzie chciała pomóc, można zrobić całkiem sporo. W tym na początek upatrywałbym szansy. Oczywiście trzeba też szukać poza kręgiem studenckim.
Jak wygląda u pana kwestia motywacji? W minionym sezonie Szczypiorno przegrało awans nie tyle brakiem umiejętności, co brakiem odpowiedniej koncentracji w meczach z niżej notowanymi przeciwnikami.
Jest to choroba wielu drużyn i zawodników. Kwestia mentalności to jeden z najważniejszych czynników w sporcie, bo kto nie ma prawdziwej pokory, nie ma szans na osiągnięcie sukcesu. Bez pokory wkrada się lekceważenie - największe zło sportu. Jeśli spotykam się w życiu z takimi zawodnikami, to szybko się z nimi żegnam, bo oni nie zasługują na zaufanie, a gry zespołowe opierają się przede wszystkim na zaufaniu. Tylko wspólnie można coś osiągnąć. Tak samo jest zresztą w relacji zawodnik-trener. Jeśli nie ma pokory i prawdziwej sportowej ambicji, to szkoda czasu.
Jak długo zostanie pan w Kaliszu?
Nie myślę tymi kategoriami, bo w życiu nigdy nic nie wiadomo. W tej chwili zastanawiam się przede wszystkim nad tym, jak rozpocząć tę pracę, żeby było lepiej niż było.
Jak pan myśli, ile osób przychodzi do Areny na mecze kaliskich szczypiornistów?
Nie mam pojęcia. Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym.
Kalisz liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. Hala może pomieścić ponad trzy tysiące kibiców, wstęp jest bezpłatny, a mimo to zainteresowanie piłką ręczną w lokalnym wydaniu jest tu bardzo małe. Na najciekawsze spotkania przychodzi poniżej dwustu osób.
Musimy sobie otwarcie powiedzieć, że jest to trzecia liga. Ekstraklasa i pierwsza liga nazywają się tak tylko ze względów marketingowych. Nie dziwię więc się, że przychodzi tyle osób, ile przychodzi. Jestem natomiast przekonany, że tylko i wyłącznie wynik sportowy, który jest coraz lepszy, może przyciągnąć ludzi. Innych metod nie ma. Pracowałem dziesięć lat w Niemczech i tam jest tak samo. Dopiero wynik załatwia drugą stronę, czyli kibiców, którzy się później identyfikują z daną drużyną i wynikiem jaki ona osiąga. Zespoły, które są w budowie, muszą liczyć się z tym, że na początku grają przy pustych trybunach. Dopiero postawą na boisku mogą wypracować sobie markę, która przyciągnie ludzi. Na razie - nie ubliżając nikomu - tej marki tu nie ma. Jest za to okres, w którym można wypracować swoją przyszłość.
Pańska recepta na awans?
Na to składa się wiele kwestii. Przede wszystkim dobre przygotowanie, zaangażowanie i uniknięcie kontuzji. Brak jednej czy drugiej osoby często burzy całą koncepcję i przekreśla szanse na sukces. Niby nie ma ludzi niezastąpionych, ale czasami kogoś po prostu bardzo brakuje. Niestety często trenerzy i drużyna ponoszą srogie konsekwencje takiego nieszczęścia zdrowotnego. Z drugiej strony nie ma też większego ryzyka, że jeśli się dobrze pracuje, to się nie robi postępów. Przez trzydzieści lat trenowałem zespoły na najwyższych poziomach. Praktycznie żadnej drużyny w momencie kiedy odchodziłem nie zostawiłem niżej niż zastałem. Nawet reprezentacja kobiet, gdzie bardzo brzydko ze mną postąpiono, na początku mojej pracy była na dziewiętnastym miejscu na świecie, a kiedy odchodziłem zajmowała jedenaste lub dwunaste miejsce. Jak na półtora roku pracy, to jest to spory postęp. Myślę, że ci, którzy decydowali o moim zwolnieniu kompletnie nie umieli ocenić faktu przegranej z Portugalią (Polki straciły wówczas szanse na awans do Mistrzostw Europy w 2008 - red.). Być może kiedyś powiem więcej w tej kwestii, ale na razie niech to będzie moją słodką tajemnicą. Zresztą obecne wyniki potwierdzają, że główny problem nie leżał w osobie trenera. Tak jest do dziś. W tej chwili wybór szkoleniowca kadry kobiet nie jest sprawą najważniejszą. Najpierw trzeba posprzątać i uregulować pewne rzeczy, które w tym środowisku mają miejsce - głównie szkoleniowo-organizacyjne.
Z trójki Karkut, Arvidsson, Rasmussen, która pozostała w grze o stanowisko selekcjonera żeńskiej reprezenrezentacji, postawiłby pan na...
Oczywiście Bożenę Karkut. Jestem jednak przekonany, że to moje pobożne życzenie nie będzie przez nikogo wysłuchane i selekcjonerem zostanie jeden z Duńczyków - na dodatek nie ten, który gwarantowałby jakiś postęp, ale syn prezesa federacji duńskiej (Kim Rasmussen - red.). Tak przynajmniej ćwierkają wróble. Dla mnie jest to rozwiązanie idiotyczne, bo tak, jak powiedziałem wcześniej, problem leży gdzie indziej. Trzeba mieć trochę odwagi, żeby podejmować decyzje, a tego najwyraźniej niektórym zabrakło. W tej sytuacji najłatwiej było odsunąć trenera. Szkoda tylko, że wtedy cały świat się z nas śmiał i to w momencie, kiedy Polska zaczynała się piąć do góry i być zauważalna.
Dlaczego tak było?
Jeśli od Węgrów, którzy chcą odnowić współpracę ze Związkiem Piłki Ręcznej w Polsce dostajemy zaproszenie na turniej z udziałem trzech najlepszych reprezentacji świata i je przyjmujemy, a potem na tę imprezę nie jedziemy, bo kluby bojkotują kwestię priorytetową, jaką jest reprezentacja, przedkładając ponad nią przygotowania do sezonu albo jakiś mało istotny turniej towarzyski, to nie można nazwać tego inaczej, jak tylko ośmieszaniem się. Ktoś nas - szaraczków, zaprasza na salony, a my go "olewamy". To wszystko idzie w świat. Mogliśmy jechać na turnieje przedolimpijskie do Chin i Brazylii. Tylko głupek by z tego nie skorzystał. Nie pojechaliśmy, bo był jeden problem - zawodniczki miałyby kilka dni urlopu mniej. Tutaj leży sedno. Siatkarki i siatkarze grają przez całe wakacje i nie narzekają. Dzięki temu są tam, gdzie są.
Na zakończenie coś o wielkopolskim szczypiorniaku. W tej chwili mamy jeden wielkopolski klub w estraklasie mężczyzn, w pierwszej lidze są trzy drużyny męskie i dwie kobiece. Do tego dochodzi pięciu drugoligowców. Co na tej podstawie można powiedzieć o kondycji wielkopolskiej piłki ręcznej?
Powiem tak. Szerokość i obszar są nie najgorsze. Brakuje jednak jakości. Jedna Nielba na taki potencjał to za mało. Trzech prezesów ZPRP jest z Poznania. Poradzili sobie z piłką ręczną w skali krajowej, o czym świadczą choćby wyniki męskiej kadry, ale jakoś trudno jest to przełożyć na własne podwórko. Przydałaby się jakaś jedna drużyna z jakością - coś na wzór piłkarskiego Lecha. Mogłoby to być na przykład w Kaliszu, bo jest tu piękny obiekt, który świetnie się do tego nadaje. Budowanie czegoś w miejscach, gdzie nie ma infrastruktury się nie opłaci. Potem dochodzi do takich sytuacji, jaką miałem w Pucharze Europy, kiedy jeszcze pracowałem w Płocku. Byłem na wspólnej kolacji z sędziami i obserwatorem z Finlandii, który potem poprosił mnie, abym pokazał mu halę. Pojechaliśmy, a on stwierdził, że nie chce oglądać tej treningowej, tylko tę, w której będzie mecz. Czułem się wtedy jak idiota. Co komu daje mistrzostwo czy wicemistrzostwo Polski, jeśli na jego mecz może wejść pięćset osób, które na dodatek mają przed sobą pięć filarów. To jest bez sensu, ale takie anomalia niestety w Polsce mają miejsce.