WIELKOPOLSKI SPORT: Jak Pan spędził ostatni weekend?
ŁUKASZ MURDZIA: Siedziałem w domu.
Pytam, bo jeszcze niedawno wydawało się, że w tym czasie Grześki będą walczyć w finale play-off z AZS UZ Zielona Góra.
Niestety, tak się to wszystko jakoś poukładało. W naszych głowach miało to chyba wyglądać trochę inaczej. Po pierwszych meczach w Kaliszu, kiedy remisowaliśmy z Poznaniem 1:1, jechalismy tam z nieco innym nastawieniem. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Po przegranym sobotnim spotkaniu, miałem jeszcze nadzieję, że w niedzielę damy radę. Czegoś nam jednak zabrakło.
Jak wyglądała droga powrotna z Poznania?
Szczerze? Nie wiem, bo nie wracałem z resztą drużyny do Kalisza, tylko od razu do domu (Murdzia mieszka w Oleśnicy - red.). W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wszystko podporządkowałem końcówce ligi. Nocowałem w Kaliszu, przychodziłem na dodatkowe treningi. Dlatego w niedzielę chciałem jechać do domu i spokojnie wszystko przemyśleć. Przyznam jednak, że ta podróż wcale nie była spokojna. Byłem potwornie zdenerwowany, zwłaszcza ostatnim meczem. Właściwie tylko to chodziło mi po głowie.
Niewiele brakowało, a po tym spotkaniu doszłoby do rękoczynów. W rozmowie z sędziami z trudem utrzymywał pan nerwy na wodzy.
Myślę, że gdyby ta sytuacja miała miejsce dwa-trzy lata temu, to na 99 procent skończyła by się inaczej. Wiem, że mógłbym zostać zdyskwalifikowany, ale mogło być różnie. Teraz podchodzę do meczów w nieco inny sposób. Nie nakręcam się aż tak bardzo. To nie zmienia jednak faktu, że sędziowie w trakcie spotkania powinni być niewidoczni, a główne role powinni odgrywać zawodnicy. W tym wypadku było inaczej. Arbitrzy chcieli być ważni, chcieli pokazać, że potrafią podejmować decyzje i są w nich konsekwentni. Niestety, nie wychodziło im to najlepiej.
Teraz, po blisko trzech tygodniach od tamtych spotkań, rozmawiacie jeszcze o tym, co się wtedy działo, co zawiodło, co można było zrobić inaczej?
Ja sam sobie przeanalizowałem to wszystko. Wiem, co zdecydowało o naszej przegranej.
Co zdecydowało?
Uważam, że zdecydowało... (dłuższa chwila zastanowienia). Pozostawię to dla siebie. Nie chcę o tym mówić.
Sezon już się dla was skończył, ale cały czas trenujecie.
Taka była decyzja trenera. Chodzi głównie o młodych zawodników, którzy mają jeszcze jakieś braki w elementach technicznych. Będziemy nad nimi cały czas pracować. Część chłopaków ma również przed sobą rozgrywki w ramach mistrzostw Polski Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych. Reszta drużyny normalnie pracuje, mamy też dodatkową siłownię. Jeśli chodzi o mnie, to korzystam również z tego, co robiłem przed siatkówką, czyli sporty walki.
Jeszcze w marcu ma dojść do spotkania działaczy z trenerami i zawodnikami. Dyskusja będzie dotyczyła przyszłego sezonu. Czego się spodziewacie po tych rozmowach?
Tak napradę nie mam pojęcia. Też otrzymaliśmy informację, że do końca marca poznamy plany dotyczące dalszej części tego sezonu, odpowiedź na pytanie co z poszczególnymi zawodnikami i jak to będzie wyglądało w przyszłym sezonie. Z niecierpliwością czekamy na tę rozmowę. Ja również, bo w części klubów powoli zaczynają się już jakieś roszady, ludzie zaczynają pytać. Na razie nie mogę nikomu udzielić żadnej odpowiedzi, dlatego że zawsze daję pierwszeństwo klubowi, w którym aktualnie występuję.
W Kaliszu też pewnie nie obejdzie się bez zmian. Być może w sztabie szkoleniowym, niewykluczone, że w drużynie.
O tym samym rozmawiałem niedawno z trenerem. Jeśli celem miałby być awans do I ligi, to na pewno potrzebujemy dwóch-trzech mocnych graczy.
A gdyby to pan decydował o transferach, które pozycje by pan wzmocnił?
Przyjęcie i dwa środki. Krzysiek Porada w ataku spokojnie sobie poradzi. Ma idealne warunki, musi tylko dołożyć trochę siły w ataku. Jego zmiennik, Paweł Sęk też jest perpektywicznym graczem. Słyszałem również, że chce do nas wrócić Wojtek Pytlarz. Byłoby więc trzech solidnych atakujących. W razie potrzeby ja mogę wrócić do pozycji, na której kiedyś grałem czyli na libero. Pozostaje tylko wzmocnić przyjęcie i środek.
Byliście prawdopodobnie jedynym drugoligowym zespołem, który trenował codziennie, a niekiedy nawet dwa razy w ciągu dnia. To już namiastka profesjonalizmu. Ile jeszcze brakuje Grześkom do tego, żeby był to w pełni profesjonalny klub?
Musi się trochę zmienić podejście zawodników. Nie mówię, że wszystkich, ale niektórych na pewno. I to chyba wszystko. Przyznam szczerze, że jestem pod wrażeniem tego wszystkiego, co dzieje się wokół tego klubu. Grałem już w pierwszej lidze i czołowych drużynach drugoligowych, ale pierwszy raz spotykam się z takim podejściem. Nie brakuje nam tu niczego. Jest odnowa, siłownia, nie ma problemu z treningami i funduszami na ten cel. Nie musimy martwić się o wyjazdy. Jeśli jest potrzeba wyjechac na przykład do Gdańska dzień wcześniej - żaden kłopot. Pod tym względem jest wszystko na najwyższym poziomie.
Działaczom i kibicom zamarzyła się PlusLiga. To realny scenariusz?
Tak naprawdę, przy tych chorych układach, które dziś obowiązują, to żaden problem. Ekstraklasę można mieć nawet po dwóch sezonach. Najlepiej pokazuje to przykład Wielunia. Grali w trzeciej lidze, wykupili dziką kartę i walczyli szczebel wyżej, a potem w ten sam sposób weszli do pierwszej ligi. Tak naprawdę w sportowej rywalizacji awansowali tylko raz - do ekstraklasy. Jeśli bierzemy pod uwagę takie realia, to nie widzę najmniejszego problemu. Pod względem sportowym jeszcze nam trochę brakuje, ale i tak wielkim sukcesem jest to, co już osiągnęliśmy.
Patrząc na to, co dzieje się wokół klubu, ile czasu potrzeba, żeby walczył z najlepszymi? Pięć, dziesięć lat?
Myślę, że w ciągu pięciu lat jest to realne. Nie wiem jednak na ile miasto jest w stanie się zaangażować. Nie mam pojęcia, jak to wyglądało z żeńską siatkówką, bo nie jestem z Kalisza. Sądze jednak, że pięć lat może wystarczyć. Dużo zależy też od sponsorów, ale również, tak jak wspomniałem wcześniej, od zaangażowania zawodników. Każdy z nas musi włożyc kawałek siebie, żeby ta gra rzeczywiście zaczęła iść do przodu. Jeśli przychodzę na trening jako rzemieślnik i robię tylko to, co mi trener każe, to nic z tego nie będzie.
Kto z obecnego składu jest w stanie dotrwać do czasu, kiedy Grześki będą grały na najwyższym poziomie?
Jest taki jeden zawodnik. Krzysiek Porada.
A pan?
Ja siebie nie oceniam. To nie należy do mnie. Mogę jedynie spojrzeć na chłopaków i powiedzieć, kto ma warunki do tego, żeby grać w PlusLidze i pracować nad sobą. Bo to niewątpliwie jest bardzo ciężka praca, w trakcie której trzeba słuchać rad trenerów, podglądać innych i wyciągać wnioski. Same warunki i talent nie wystarczą.
Wracając do pana. Był pan jedną z wyróżniających się postaci nie tylko w kaliskiej drużynie, ale i całej lidze. Forma i umiejętności, które teraz prezentuje Łukasz Murdzia to już maksimum jego możliwości?
Jeśli chodzi o przyjęcie, to zaczęło mi się dobrze grać trzy sezony temu, jeszcze w Rośku Syców. Wcześniej grałem na libero i też nieźle mi szło. Zresztą bardzo lubię tę pozycję. Jeśli mógłbym tam wrócić, to chętnie z tego skorzystam. Natomiast, czy jestem w stanie jeszcze z siebie coś wykrzesać? Na pewno. Wciąż mam bardzo duże zaległości w wielu elementach. Przede wszystkim w bloku, ale przydałoby się jeszcze coś poprawić w zagrywce. Jest też jeden szczegół w ataku, na który cały czas zwraca mi uwagę pewien znany trener. Chodzi o manipulację tempem ataku. Jeśli to poprawię, będę naprawdę zadowolony.
Na koniec pytanie, które pana i pańskiej drużyny już niestety nie dotyczy. Kto wygra finał play-off w grupie pierwszej II ligi?
Myślę, że AZS UAM nie odda teraz dwóch meczów u siebie. Zrobią wszystko, staną na głowie, ale wyjdą z tego pojedynku zwycięsko.