Newsletter Billboard
Patronat klubom
Piłka nożna dla kibiców!
W sobotę odbędzie się pierwszy w nowym sezonie mecz derbowy wielkopolskich drużyn w II...... więcej »
Koziołek zaprasza!
5 września o godzinie 17.00 na boisku przy ul.Gdańskiej w Poznaniu odbędzie się spotkanie...... więcej »
JANUSZ STEFAŃSKI
(fot.Mariusz Cwojda)
Kozioł ofiarny?

Rozmowa z Januszem Stefańskim - byłym dyrektorem oraz p.o. prezesa zarządu Klubu Motorowego Ostrów.

 

-  Czy zgodnie z podpisanym kontraktem mógł Pan pobierać kwoty prowizji od rzeczy materialnych?

 

- Umowa pomiędzy moją firmą „Stefański” a KM Ostrów została zawarta 1 lutego 2005 roku. Przewidywała dwa rodzaje wynagrodzenia - miesięczny ryczałt w wysokości 3.000 złotych plus VAT oraz prowizję w wysokości 10 procent od kwot pozyskanych od sponsorów i wpłaconych do klubu. Początkowo nikt nie myślał o różnicowaniu prowizji. Sytuację wymusiło życie. Wkrótce okazało się bowiem, że klub może dużo zyskać na sponsoringu bezgotówkowym. Wtedy też prezes Jan Łyczywek zaproponował, żebym od tego rodzaju sponsoringu pobierał zamiast dziesięciu - pięć procent prowizji. Ja na takie rozwiązanie przystałem. Co miesiąc przygotowywałem odpowiednie zestawienia. Podlegały one weryfikacji ze strony członków prezydium zarządu. Zazwyczaj robili to Łyczywek i Przemysław Bieniek. Dopiero gdy z ich strony lista pozyskanych przeze mnie sponsorów i wynikająca z tego kwota wynagrodzenia zostały zatwierdzone, wystawiałem fakturę. Ona także musiała zostać zaakceptowana przez uprawnionego do tego członka zarządu. I w końcu - gdy płatność była dokonywana przelewem - polecenie przelewu po raz kolejny musiały podpisać uprawnione do tego osoby. W tym przypadku byli to zazwyczaj Łyczywek i Tadeusz Grądzielewski. Nie było mowy, żeby ktoś czegoś nie dopatrzył albo się pomylił. W tym momencie w sposób zdecydowany chciałbym podkreślić, że wbrew temu, co próbują sugerować niektórzy dziennikarze, prezes Jan Łyczywek dokładnie wiedział o wszystkich prowizjach od tak zwanego sponsoringu materialnego.

 

- Nie miał Pan w tym momencie moralnych wątpliwości?

 

- Nie miałem takich wątpliwości. Przede wszystkim rzetelnie na te pięć procent zapracowałem. Poza tym dzięki tego rodzaju sponsoringowi klub oszczędzał bardzo duże kwoty. Przykłady w tym przypadku można by mnożyć. Podam tylko kilka. Chociażby kwestia corocznego odnowienia stadionu przed rozpoczęciem sezonu ligowego i w ogóle utrzymania obiektu. W tym przypadku, gdyby nie sponsoring materialny, klub musiałby w ciągu roku wydać kwotę ponad 100.000 złotych. Dzięki działaniom podejmowanym przeze mnie oraz przez kilka innych osób związanych z KMO klub wydawał na ten cel minimalne sumy. Podobnie było w przypadku hoteli dla zawodników, a także różnego rodzaju uroczystości i przyjęć organizowanych przez klub. Dzięki pozyskiwanym przez nas sponsorom za tego rodzaju usługi klub ponownie nie płacił nic albo robił to symbolicznie. W tym przypadku nie tylko nie należałoby ganić nas za rzekomo niemoralne działania, ale wręcz chwalić za operatywność. Czy naprawdę w imię tego, żeby uzyskać prowizję, miałem pozyskać sponsora w gotówce na 3.000 złotych zamiast tego samego, ale w towarze o wartości 20.000 złotych? Wszystkim, którzy tak uważają, życzę sukcesów, ale w grze w kapsle, bo od tego, aby od ich decyzji zależał los jakiejś firmy, uchowaj nas Boże!

 

- A prowizja od pieniędzy pozyskiwanych ze środków samorządowych?

 

- To także była propozycja ze strony władz klubu i dotyczyła tylko kwot dodatkowo pozyskanych dzięki moim staraniom. Powtarzam - dodatkowo pozyskanych. Dysponuję dokumentem, w którym pod tego rodzaju ustaleniem widnieją podpisy panów - Jana Łyczywka i Przemysława Bieńka. Przyznam, że sytuacja jest dla mnie absurdalna. Pracowałem w Klubie Motorowym Ostrów na zasadach ustalonych przez zarząd klubu. Wywiązywałem się ze swoich działań niezwykle rzetelnie. Nikt przez prawie pięć lat nie proponował zmiany warunków mojej umowy. Nie zgłaszał do niej zastrzeżeń. A teraz ja muszę tłumaczyć się z tego, że nie jestem wielbłądem. Uważam, że to właśnie jest prawdziwy skandal.

 

-  To prawda, że zarobił Pan wspólnie z Mateuszem Pawlickim przez 2,5 roku bardzo duże pieniądze?

 

- Przez prawie pięć lat wykonywałem w klubie mnóstwo rzeczy. Pomimo że miałem tylko dwie ręce, dwie nogi i jedną głowę, wykonywałem czynności, którymi można by obdzielić kilka osób. Jako dyrektor klubu pozyskiwałem sponsorów, organizowałem zawody, począwszy od imprez ligowych, a na turniejach indywidualnych skończywszy, współpracowałem z mediami, opracowywałem programy zawodów, organizowałem sprzedaż karnetów i biletów. Jako p.o. prezesa zarządu negocjowałem kontrakty i… sam protokołowałem posiedzenia zarządu, bo w gronie osób w nim zasiadających nikt nie chciał albo nie potrafił tego robić. W końcu - choć nie musiałem - sam wytyczałem sobie kolejne wyzwania. Najpierw półfinał Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów, Galę Sportu Żużlowego i Turnieje o Łańcuch Herbowy w obsadzie, która porównywalna była z cyklem Grand Prix. Później Finał Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów oraz koncert grupy Scorpions. I podczas, gdy dziś zarzuca mi się ułańską fantazję, ja doskonale pamiętam, jaki Ostrów był wtedy dumny z tego, że wybija się ponad przeciętność, jak to sukces miał wielu ojców i ci, którzy dziś próbują zszargać moje imię, wtedy ściskali moją dłoń.
Przez wszystkie te lata nie miałem praktycznie czasu na życie rodzinne. Gdy zachodziła taka konieczność, o drugiej w nocy jechałem do drukarni w Jarocinie, a o północy doglądałem montażu sceny przed koncertem grupy Scorpions na stadionie. Gdy zawody odbywały się w Ostrowie, od rana kierowałem przygotowaniem obiektu do imprezy. Spotykałem się z poszczególnymi służbami. Telefonicznie kierowałem logistyką związaną z przyjazdem obcokrajowców na zawody. Podejmowałem szefów klubu, z którym przychodziło nam rywalizować. W końcu brałem w rękę mikrofon i prowadziłem zawody jako spiker. Jakby tego było mało, po zawodach uczestniczyłem w rozliczeniach żużlowców. Wychodziłem z klubu około 22. Gdybym z Klubem Motorowym Ostrów podpisał umowę o pracę, klub straciłby fortunę na moje nadgodziny. Co dzisiaj z tego mam? Zgryzotę. 


 Nie wyliczam swoich osiągnięć po to, aby zawnioskować o pomnik dla siebie bądź aby zareklamować się potencjalnemu pracodawcy. Chcę jedynie uzmysłowić, że moja rola nie ograniczała się do założenia w niedzielę białej koszuli i zajęcia miejsca na trybunie głównej. Na każdą wypłaconą mi przez klub złotówkę sumiennie zapracowałem. Poza tym klub do dzisiaj jest mi winny znaczące pieniądze z tytułu prowizji od pozyskanych sponsorów w tym roku. Pomimo to nie oddałem tej sprawy do sądu, jak były wiceprezes Tadeusz Grądzielewski, który w ten sposób domaga się od klubu wypłaty niecałych 2.000 złotych.

 

- Skąd tak wysoki dług w klubie?

 

- Najpierw proszę powiedzieć, o jakiej wielkości długu jest mowa? Ostatnio nie wiem, na podstawie jakich danych wyliczono 4.000.000 złotych. Ja mogę się odnieść do rzeczywistego zadłużenia powstałego w czasie, kiedy pełniłem funkcję. W tym przypadku nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. To był pewien proces. Wszystko tak naprawdę zaczęło się w momencie wybuchu tzw. afery korupcyjnej w 2007 roku. W jej rezultacie KM Ostrów wziął na swoje barki zbyt duże obciążenia finansowe. Złożyły się na nie różne wydatki. Przede wszystkim była to kara w wysokości 400.000 złotych nałożona przez Polski Związek Motorowy. Po drugie, znacznie wyższe - niż miało to miejsce wcześniej - okazały się wydatki kontraktowe. Skład na przełomie listopada i grudnia 2007 roku kompletowany był niemal na ostatnią chwilę. Wtedy podpisanie kontraktów z zawodnikami dającymi szanse nie tylko na odrobienie minusowych punktów, ale także na włączenie się do walki o awans do Ekstraligi, niemalże graniczyło z cudem. Decyzja, czy wbrew przeciwnościom losu podjąć się rywalizacji z najlepszymi, nie była łatwa. Konsultacjom w gronie najważniejszych sponsorów klubu towarzyszyły duże napięcia i emocje. Ostatecznie jednak wszyscy postanowili finansować to karkołomne przedsięwzięcie. W szczególny sposób w zadanie to zaangażowały się trzy firmy: Intar, Autopartner - Mercedes Benz Jana i Andrzeja Garcarków oraz Dombud. W tych trudnych chwilach Klub Motorowy Ostrów mógł także liczyć na znaczące wsparcie ze strony Spółdzielni Mleczarskiej Lazur oraz Grupy Żywiec.


I zapewne ostrowskie środowisko żużlowe podołałoby temu wyzwaniu, gdyby nie kolejne ciosy, jakie spadły na KM. Kara minus 7 punktów i zmiana regulaminu rundy play-off spowodowały przedwczesną utratę szans na awans. To zaś wiązało się ze znacznie mniejszymi wpływami. W efekcie ostatni mecz sezonu przyniósł dochód zaledwie na poziomie niecałych 40.000 złotych, podczas gdy w sytuacji gdyby KM walczył o awans, można byłoby liczyć na wpływy rzędu około 150.000 złotych. Nie wspominając już o zyskach z ewentualnego spotkania barażowego. Także przełożone spotkanie z Wybrzeżem Gdańsk przyczyniło się do strat finansowych. Poza tym trudności finansowe pogłębiła konieczność przełożenia Turnieju o Łańcuch Herbowy. 18 maja 2008 roku na zawody zostały sprzedane niemal wszystkie bilety. Wrześniową powtórkę imprezy obejrzało zaś tylko nieco ponad pięć tysięcy widzów.
Nie bez znaczenia dla klubowych finansów była także utrata prawa do organizacji Grand Prix Challange. Bez cienia przesady można założyć, że w Ostrowie Wielkopolskim tego rodzaju zawody odbiłyby się podobnym echem co Finał Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów w 2007 roku. Również i zysk mógłby więc być porównywalny. W efekcie Klub Motorowy Ostrów mógłby liczyć na dodatkowe środki w wysokości ponad 450.000 złotych.


Wzrost zadłużenia to także rezultat umowy podpisanej 1 października 2007 roku z głównym sponsorem klubu. Przewidywała ona możliwość zwrotu znaczącej części nakładów sponsorskich w przypadku braku realizacji wszystkich punktów umowy (między innymi dotyczących reklamy podczas Grand Prix Challange). Po zakończeniu sezonu w 2008 roku Intar z tej możliwości skorzystał. W efekcie zadłużenie klubu wzrosło z dnia na dzień o kilkaset tysięcy złotych.
W sumie straty, jakie w wyniku domniemanej afery korupcyjnej poniósł Klub Motorowy Ostrów, szacowane są na prawie półtora miliona złotych! Trudności finansowe powstałe w wyniku skutków afery oraz przeciwności losu w 2008 roku nałożyły się na kłopoty głównego sponsora klubu na początku 2009 roku. W rezultacie Intar przestał sponsorować Klub Motorowy Ostrów. Ogólnoświatowy kryzys spowodował również ograniczenia w wydatkach ze strony innych podmiotów wspierających dotychczas ostrowski żużel (byli tacy sponsorzy, którzy wypowiedzieli nawet już zawarte umowy). Jakby tego było mało, w 2009 roku zabrakło odpowiedniego wyniku sportowego, który budowałby klimat zainteresowania żużlem ze strony kibiców i sponsorów. W efekcie znaczące kłopoty finansowe klubu stały się faktem. I tak już zaplanowany oszczędniej budżet okazał się w praktyce niezwykle trudny w realizacji.
Warto zaznaczyć, że postawa zawodników w wyraźny sposób przyczyniła się do skomplikowania sytuacji ekonomicznej klubu. Brak możliwości rozegrania najbardziej atrakcyjnych spotkań w ramach rundy play-off oznaczał duże straty finansowe. Wystarczy przypomnieć, że na przykład w 2007 roku mecze półfinałowe play-off z Wybrzeżem Gdańsk przyniosły odpowiednio dochód w wysokości - 141.159 złotych i 162.080 złotych. A finał play-off ze Stalą Gorzów - 201.119 złotych! Poza tym ciągłe porażki powodowały też spadek frekwencji na spotkaniach rundy zasadniczej. Jak widać, wszystko znajduje odzwierciedlenie w cyfrach, tymczasem szafuje się kwotami wyssanymi z palca, przypisując mi wygenerowanie długu, którego wielkość została oszacowana na zasadzie "nie wiem dlaczego, ale na pewno tyle musi być".

 

- Czy nie popełnił Pan błędów, podpisując lukratywne kontrakty z zawodnikami, wiedząc że KM ma spore długi?

 

- Przede wszystkim kontrakty nie były lukratywne. Ich łączna wartość była o połowę niższa niż w 2008 roku. Po drugie, nie podpisałem ich sam. To była wspólna decyzja kilku osób. Pod kontraktami widnieją podpisy zarówno moje jak i panów Przemysława Bieńka i Tadeusza Grądzielewskiego. No i w końcu po trzecie, większość kontraktów była negocjowana w obecności albo po konsultacjach z przedstawicielem Intaru, który przez kilka wcześniejszych lat był gwarantem wypłacalności klubu. 

 

- Dlaczego, zdaniem Stanisława Kupczyka, przewodniczącego Komisji Rewizyjnej, nie były mu udostępniane stosowne dokumenty, aby mógł nadzorować waszą pracę?

 

- Zawsze wszystkie dokumenty, które były w moim posiadaniu, udostępniałem członkom Komisji Rewizyjnej. Powiem więcej, gdy tylko Komisja Rewizyjna zapowiadała kontrolę, proponowałem spotkania w celu udzielenia odpowiedzi na pytania członków Komisji. Tak było między innymi w tym roku. Niestety, nikt nie chciał się ze mną spotkać. Odniosłem wręcz wrażenie, że takie spotkanie nie jest na rękę członkom Komisji. Wszystko wskazuje bowiem na to, że mieli z góry ustalone wnioski i moje wyjaśnienia mogłyby zburzyć przygotowany przez nich opis sytuacji. Nie wiem, jakie relacje towarzyszyły kontaktom panów przewodniczącego Stanisława Kupczyka i prezesa Jana Łyczywka. Jeśli jednak byłoby tak, że ówczesny prezes nie chciał czegoś udostępnić, to Komisja miała obowiązek o tym poinformować członków klubu, a gdyby i ten krok nie przyniósł zmiany sytuacji, członkowie Komisji mogli na znak protestu po prostu złożyć rezygnacje z zajmowanych funkcji. Nigdy nie zdobyli się ani na jeden, ani na drugi krok. Co ważne, taka sytuacja miała miejsce przez kilka lat.  


A tegoroczne wnioski Komisji Rewizyjnej są w niektórych przypadkach niezwykle zaskakujące. Jak to bowiem możliwe, że dzisiaj przewodniczący Stanisław Kupczyk załamuje ręce nad narastającym od kilku lat długiem w Klubie Motorowym, gdy w sprawozdaniu przygotowanym przez Komisję Rewizyjną na Walne Zebranie Członków KMO w dniu 30 czerwca 2008 roku podpisanym m.in. przez pana Kupczyka można było przeczytać następujące słowa: "Realizacja budżetu w roku 2007, jak wykazała dokumentacja finansowo-księgowa, nie nasuwa uwag. Także nie wnosi się zastrzeżeń co do ujemnego wyniku finansowego". W innym znowu miejscu Komisja Rewizyjna napisała: "Zarząd Klubu opracował i przyjął główne założenia planu działalności na rok 2007. Określono tam także główne priorytety działalności w roku 2007. Szereg założeń zostało zrealizowanych. Nie osiągnięto celu w zakresie - sukcesu sportowego w postaci awansu do ekstraligi, postępu w szkoleniu juniorów, tak by skutecznie rywalizowali na arenie klubowej. Należy tutaj podkreślić fakt, iż zarząd prawidłowo zabezpieczył warunki, szczególnie także finansowe, na zrealizowanie tych celów". Chciałbym w tym momencie podkreślić, że sprawozdanie w 2008 roku zostało przygotowane przez te same osoby, co w 2009 roku. Skład Komisji Rewizyjnej nie uległ bowiem zmianie. 


Przypomnę, że niespełna kilka tygodni temu również zarzucano mi, że brakuje dokumentów. Co się później okazało? Że może i co niektórym byłoby to na rękę i mieli takie pobożne życzenie, ale na ich nieszczęście nijak nie przełożyło się to na rzeczywistość. Inna "afera" z rzekomymi fakturami za organizację koncertu Scorpions spływającymi dopiero do klubu, którą chciały bezpodstawnie rozdmuchać media, umarła w związku ze swą bezzasadnością równie szybko, jak kwestia owych dokumentów. Szkoda tylko, że zarówno w tych przypadkach jak i wielu innych dotyczących Klubu Motorowego duża część ludzi nie opierała się na faktach tylko na informacjach zasłyszanych na targowisku miejskim.


I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zarząd Klubu Motorowego Ostrów pod przewodnictwem prezesa Jana Łyczywka wypłacił przewodniczącemu Komisji Rewizyjnej - Panu Stanisławowi Kupczykowi - nagrodę finansową. Oczywiście, wszystko odbyło się zgodnie z prawem na podstawie stosownej uchwały zarządu. Należałoby jednak zadać pytanie, czy przewodniczący Stanisław Kupczyk zachował się etycznie, przyjmując nagrodę finansową od zarządu, który miał kontrolować? Podobnie rzecz ma się z niektórymi dziennikarzami, którzy dzisiaj próbują oceniać etyczność mojego postępowania. Widzę, że szybko zapomnieli, że także im klub wypłacał wynagrodzenie za taką czy inną pracę. Wtedy jakoś etyka dziennikarska nie przeszkadzała im w wystawianiu faktur i kasowaniu pieniędzy.

 

- Co dalej, Pana zdaniem, z ostrowskim żużlem?

 

- Ostrowski żużel zmierza w bardzo złym kierunku. Zdecydowana większość osób, które dzisiaj rządzą lub aspirują do rządzenia sportem żużlowym w Ostrowie, koncentruje się na znalezieniu "kozła ofiarnego". Nikt zaś nie próbuje stworzyć perspektywy rozwoju tego sportu w mieście. A przecież na skutek spadku do II ligi nowe osoby są w o tyle dobrym położeniu, że nie muszą przejmować się trudnościami, z jakimi w ostatnim czasie zmagaliśmy się w Klubie Motorowym. Jeśli więc za miesiąc lub dwa sprawy dla ostrowskiego żużla nie potoczą się po myśli kibiców, to już naprawdę nie będzie wina Janusza Stefańskiego. Sytuacja żużla w Ostrowie za dwa, trzy miesiące będzie wypadkową operatywności lub jej braku osób zasiadających we władzach ŻKS Ostrovia. Tak więc radzę, panowie, energię wykorzystać we właściwy sposób. Póki co bowiem w Ostrowie dużo jest obrzucania błotem, przekreślania własnego dorobku i niszczenia wszystkiego, co przez ostatnie lata udało się w tym mieście zbudować wokół speedwaya. To nie jest droga do sukcesu. To droga do klęski.

(lug)
Polonia Nowy Tomyśl   -    Jarota Jarocin
17.00 - mecz 1. kolejki II ligi relacja wkrótce
Warta Poznań   -    Termalica Nieciecza
18.00 - mecz 1. kolejki I ligi relacja wkrótce
Chcesz być informowany o wydarzeniach związanych
z portalem WielkopolskiSport.PL?

Podaj swój adres e-mail:
WITOLD ROJEK
WITOLD ROJEK
Trzymam kciuki za Kalisz i Ostrów
Trener Witold Rojek pół roku temu stracił pracę w drugoligowym PWSZ Szczypiorno Kalisz. Od tego czasu nie prowadził żadnej drużyny... więcej »
KRAINA WSPOMNIEŃ RIGHT BOX
Pytanie:
Ilu widzów przyjdzie na Bułgarską, na pierwszy ligowy mecz Warty Poznań?
0-500
501-1000
1001-1500
1501-2000
2001-2500
powyżej 2500
AGNIESZKA JERZYK
AGNIESZKA JERZYK

Triathloniska leszczyńskiego klubu 64-sto jest jedną z najlepszych kobiet uprawiających tę dyscyplinę w naszym kraju. Robi systematyczne postępy od kilku lat, a jej celem są Igrzyska Olimpijskie 2012 w Londynie. więcej »
"Rywale pokazali dziś, że na razie jesteśmy od biegania, a nie od grania. "
Tomasz Magdziarz
Piłkarz Warty Poznań po przegranym 0:4 sparingu z Polonią Warszawa
Wszelkie prawa zastrzeżone. | Created by AP