Julia Michalska (na pierwszym planie) i Magdalena Fularczyk (fot. Andrzej Grupa)
Ponieśli nas kibice
Wielkopolski Sport: Jeszcze zanim otrzymałyście mdale, nie wierzyłyście w to, co się stało. Teraz już wierzycie?
Magda Fularczyk: - Nie, ja cały czas jestem lekko zdziwiona. Ogromnie się cieszę, jak patrzę na ten medal, ale cały czas do mnie jeszcze nie dociera, że jestem mistrzynią świata. To jest coś szalonego. Mogę jednak powiedzieć, że każde moje pierwsze regaty, czyli tym razem mistrzostwa świata, kończą się medalem. Mam nadzieję, że pierwsze igrzyska tak samo się skończą (śmiech).
Już na mecie wiedziałyście, co się stało, bo zaczęłyście się cieszyć.
Julia: - Tak, czułyśmy ogromną radość. Mówię to już dzisiaj chyba tysięczny raz, ale powiem po raz kolejny: cieszę się, że Magda wreszcie uwierzyła w siebie. Po tych wszystkich perypetiach, jakie przeszłyśmy, Magda w dwójce z innymi partnerkami, a ja na jedynce, bardzo się cieszę, że w końcu popłynęłyśmy razem. Wypłynęłyśmy na szerokie międzynarodowe wody, a meta będzie w Londynie w 2012 roku.
W ostatnich dniach poznański sport opanowały kobiety – było złoto mistrzostw świata Anity Włodarczyk, teraz najlepsze jesteście wy. Czegoś takiego jeszcze nie było.
Julia: - Nieprawda, nie trzy, a cztery. Trzeba doliczyć jeszcze Gosię Chojnacką w kajakarstwie, choć akurat w konkurencji nieolimpijskiej. Mam nadzieję, że Poznań to doceni. Nie tylko stypendiami, ale również nagrodami. Udowodniłyśmy bowiem, że warto w nas inwestować. Kilka razy byłam w Urzędzie Miasta i mówiłam, że opłaci im się to. Miałam rację.
Chojnacka sukces wywalczyła jednak prawie miesiąc temu, a Anita Włodarczyk triumfowała dokładnie przed tygodniem. Natchnęła was?
Magda: - Anita dzwoniła do mnie dzień przed finałem. Znamy się bardzo dobrze z jednej grupy studenckiej. Prosiła mnie przez telefon, żebym zjadła pięć jajek na śniadanie. Ona zjadła tyle, kiedy sięgnęła po złoto. Mówiłam, że zjem sześć, ale nie spełniłam jej prośby - sięgnęłam tylko po twarożek. Jednak to też białko (śmiech). Chciała przyjechać, ale przeprosiła i wytłumaczyła, że ta jej kontuzja wymaga dłuższego leczenia i musi zostać w Warszawie.
Z takiego biegu finałowego to chyba jesteście bardzo zadowolone?
Julia: - Oj, nie wiem, czy z techniki będziemy zadowolone. Nie, nie, dzisiaj ten temat odpuszczam. Boję się jednak, że jak zobaczę ten bieg jeszcze raz, to może być problem. Niesamowite jest właśnie to, że my mamy jeszcze ogromne rezerwy.
Czas – 6 minut i 47 sekund – jest świetny. Jeszcze dziesięć sekund i będzie rekord świata.
Magda: - Jest fajny.
Julia: - To nasz rekord. Poprawiony znacznie, bo chyba nawet o 10 sekund. Tamten padł w Lucernie. Na treningach miałyśmy na przykład 6,55. Fajnie, choć do rekordu świata jeszcze dużo brakuje. Ale mamy czas, jesteśmy młodymi zawodniczkami. Mamy duże rezerwy techniczne. Do Londynu jednak to wszystko nadrobimy. Trener mówił nam na mecie, że za technikę dałby nam dzisiaj jeden, a za siły, walkę i ambicję - dziesięć.
Teraz trzy miesiące wolnego, macie jakieś pomysły na wakacje?
Magda: - W moim przypadku, ale Julii też, będzie kolejna walka, tym razem z uczelnią. Naprawdę dużo przebywamy poza Poznaniem, nie ma kiedy tych wszystkich egzaminów zaliczać. Mamy spore zaległości. Te trzy miesiące w stu procentach, jeśli nie w stu dziesięciu poświęcone będą na naukę. Na pewno w moim przypadku będzie też jakiś króciutki wypad na wakacje. Chcę się trochę wyluzować.
Julia: - Ja też mam zaplanowane wakacje. Na pierwszym planie jest jednak uczelnia. Zabieram się za nią, bo w lutym lub w marcu chcę się obronić. Ewentualnie obronę pracy magisterskiej przenieść na czerwiec czy lipiec. Później chcę się już tylko skupić na Londynie.
Mocno stresowałyście się przed finałem?
Magda: - Chciałyśmy się zrelaksować, obejrzeć dobry film. A potem próbowałyśmy zasnąć. Ja mam zazwyczaj kłopoty ze snem. Tym razem nie dość, że nie mogłam spać, to do tego jeszcze doszły trochę kłopoty jelitowe (śmiech). Julia była bardziej spokojna. Ja jestem kłębkiem nerwów. Pierwsze poważne zawody, pierwsza możliwość wygrania. To spowodowało, że się zdenerwowałam. Skończyło się po zapaleniu zielonej lampki na starcie.
Co chcecie zrobić z pieniędzmi, które udało wam się zarobić?
Julia: - Ja chcę odremontować mój klub, czyli Tryton Poznań. Za dwa lata mamy stulecie jego istnienia. Chciałabym, żeby dzieci, które podobnie jak ja uprawiają wioślarstwo, mogły pracować w dobrych warunkach. To tam wykuwają się talenty. Stamtąd jest nasz trener Marcin Witkowski, tam zaczynał Aleksander Wojciechowski (trener Dominatorów, czyli złotej męskiej czwórki podwójnej – red.). I tam przyszła Magda. Mimo tych strasznych warunków, wiedziała, że ciężka praca, jaką wykona, może skończyć się w taki sposób.
Chcesz przeznaczyć prywatne pieniądze na taki cel?!?
Julia: - Już wydałam ich sporo! Klub tworzą ludzie. I pod tym względem jest tam naprawdę świetnie. Kiedyś buntowaliśmy się przeciwko hasłu „Poznań stawia na sport”. Kiedy jednak pójdzie się i poprosi, to pomaga. Dlatego chciałam podziękować również miastu. To dziwnie teraz brzmi, ale jesteśmy od kilku lat stypendystkami Poznania. Mam nadzieję, że teraz przy tym sukcesie Poznań to doceni.
Chciałoby się wam życzyć powtórzenia sukcesów naszej wspaniałej męskiej dwójki Robert Sycz i Tomasz Kucharski. Oni byli dwa razy mistrzami olimpijskimi, dwa razy mistrzami świata i kolejne trzy razy wicemistrzami. To możliwe?
Julia: - Wczoraj sobie właśnie myślałam, jak zaczynała się historia polskiego wioślarstwa. A zaczynała się od męskiej dwójki podwójnej. Wśród kobiet też zaczynamy teraz od dwójki. Co prawda, tam była waga lekka. My jednak mieścimy się wagowo w męskiej wadze lekkiej (śmiech). Bardzo się cieszę, że Tomek tutaj był. Miał podobno gęsią skórkę. Obaj z Robertem są dla mnie autorytetami. Wiele razy wspierałam się ich wyścigami, motywacją. W ubiegłym roku też obaj bardzo mi pomogli, jak wyjeżdżałam na igrzyska. Bardzo cieszę się, że ta nasza rodzina wioślarska jest z nami w takich momentach.
Jakie macie sportowe marzenia?
Julia: - Londyn, tam za trzy lata są igrzyska. Każdy chyba wie, o co chodzi.
W dwójce podwójnej?
Julia: - Po prostu tam ma wystartować osada, która będzie pływała wtedy najszybciej. Czy będziemy razem siedzieć w czwórce, w dwójce, czy może Magda będzie najlepsza z nas i wsiądzie do jedynki, to teraz ciężko przewidywać. Pracujemy nad zbudowaniem bazy, czyli grupy. I oczywiście świetnej atmosfery.
Rok temu w dwójce przegrałaś tutaj ostatnie kwalifikacje olimpijskie? Dziś na tym samym jeziorze cieszysz się ze złotego medalu…
Magda: - Tam byłyśmy czwarte, czyli tuż za podium. A tutaj jestem na szczycie podium. Powiem szczerze, że trochę obawiałam się Malty. Jestem taką osobą przesądną. Dobrze się jednak skończyło i jezioro mi pomogło. Przyczepić mogłabym się tylko do pogody. Była bowiem wyjątkowo duża fala, a ja trochę boję się takich warunków ze względu na kontuzję, którą miałam. Byli jednak wspaniali kibice, a na kwalifikacjach olimpijskich ich zabrakło. Broń Boże, nie obwiniam ich za tamtą porażkę. Popłynęłyśmy wtedy z Natalią Madaj świetnie, ale rywalki były mocniejsze. Teraz już nikt nas nie był w stanie przegonić.
Słyszałyście ten doping z boku?
Julia: - No pewnie, jak wpłynęłyśmy 300 metrów przed metą w tę strefę trybun, to było coś niesamowitego. Tumult był niesamowity. Kto i co krzyczał, nie dało się oczywiście rozróżnić. Niosło nas to jednak bardzo mocno. Trener nam powiedział przed startem: „dojdźcie tylko do 300 metrów przed metą, a potem łódka was sama poniesie” Tak się właśnie stało.
Triathloniska leszczyńskiego klubu 64-sto jest jedną z najlepszych kobiet uprawiających tę dyscyplinę w naszym kraju. Robi systematyczne postępy od kilku lat, a jej celem są Igrzyska Olimpijskie 2012 w Londynie.
więcej »