WIELKOPOLSKI SPORT: Aklimatyzacja w Poznaniu już jest za panem?
SEWERYN GANCARCZYK: - Właściwie tak, bo koledzy z zespołu przyjęli mnie bardzo miło. Nie ma zatem żadnego problemu z aklimatyzacją. Zagrałem już zresztą w dwóch meczach. W Kielcach wynik był doskonały, bo rozgromilismy Koronę aż 5:0. Choć jak później obejrzałem to spotkanie, to wcale nie było tak łatwo - ten wynik jest mylący. Przy stanie 2:0, krótko po przerwie, kielczanie naprawdę mocno przycisnęli. Otrząsnęliśmy się jednak z tego. A Polonia Warszawa? Cóż, ten mecz nam po prostu nie wyszedł. To był taki kubeł zimnej wody. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Teraz myślimy już tylko o spotkaniu z belgijskim Club Brugge. To dla nas priorytet, żeby dobrze zaprezentować się w europejskich pucharach.
Zdążył już pan poznać Poznań?
- Spodobało mi się to miasto, choć nie mam dużo czasu na jego zwiedzanie. Byłem na Starym Rynku i bardzo mi przypadł do gustu. Mieszkanie też już mam, a wybrałem je jeszcze podczas pierwszej wizyty, kiedy przechodziłem testy medyczne. Dzięki temu żona z synkiem szybko do mnie dołączyli. Mogę skupić się tylko i wyłącznie na dobrej grze. Zresztą okazało się, że w Warcie Poznań występuje mój kolega z Hetmana Zamość Sebastian Przybyszewski. Jest mi jeszcze jeszcze raźniej.
Poznań pewnie ma niewiele wspólnego z Charkowem? W klubie Metalist z tego miasta spędził pan ostatnie ponad trzy lata.
- Charków ma prawie dwa miliony mieszkańców, a Poznań trzy razy mniej. To jest różnica. Trzeba się na pewno też przyzwyczaić do mieszkania na Ukrainie, bo specyfika jest zupełnie inna niż u nas. Najlepsze jest jednak to, że teraz mam bliżej w rodzinne strony. Z Poznania tylko 520 kilometrów, a z Ukrainy aż 1200. Jak dostawaliśmy 2-3 dni wolnego, to mogłem do Polski dostać się tylko samolotem. Najgorzej było, jak kończył się sezon. Wtedy jechałem samochodem, bo trzeba było przewieźć rzeczy. Charków wspominam jednak na pewno znacznie milej niż Kijów. Wielkość nie przytłacza, bo całe życie kręci się w centrum. W Charkowie są dwie ulice, na których zawsze można było spotkać kogoś znajomego. Najlepsze chwile w dotychczasowej przygodzie z piłką wiążą się właśnie z tym miastem. Moja kariera nabrała tempa, kiedy trafiłem do Metalista. Dzięki temu pojechałem na mundial, osiągnąłem sukcesy w lidze i europejskich pucharach. W ukraińskiej ekstraklasie trzy razy byliśmy na trzecim miejscu. Tam śmieją się, że to właściwie jak pierwsze. Bo przecież Szachtara Donieck i Dynama Kijów nikt nie jest w stanie wyprzedzić.
Trafił pan do Lecha Poznań. Czy oprócz Kolejorza, duże polskie kluby interesowały się panem?
- Nie, bo tylko Lech wiedział doskonale, jaka jest moja sytuacja w Metaliście. Już rok wcześniej chciał mnie sprowadzić Franciszek Smuda. Nie udało się jednak. Teraz natomiast kończył mi się za pół roku kontrakt i Ukraińcy mieli ostatnią szansę, żeby na mnie zarobić. Choć miałem dogadaną już nawet nową umowę z nimi. Sprawa jednak trochę się przeciągnęła, bo brakowało porozumienia co do szczegółów. Któregoś dnia o godz. 23 zadzwonił telefon. Poinformowano mnie, że mogę jechać do Lecha na testy medyczne. No to spakowałem się i jestem tutaj. Nie robiono mi problemów, bo miałem dobry kontakt z dyrektorem sportowym i trenerem Metalista.
Pieniądze można tam jednak zarobić większe niż w Polsce?
- To prawda, na Ukrainie płacą zdecydowanie więcej. Pieniądze to jednak nie wszystko. Po prawie siedmiu latach chciałem wreszcie trochę skorzystać z życia. Tutaj jest w końcu prawdziwa Europa.
Polska to pana ostatni przystanek w karierze, czy jeszcze myśli pan o podboju Zachodu?
- Mam dopiero 28 lat. Jak skończy się mój trzyletni kontrakt z Lechem, to będę miał 31. Wtedy już może będzie trochę za późno, bo zainteresowanie takimi graczami jest mniejsze ze względu na wiek. Jeśli jednak z poznańskim klubem znajdę się w fazie grupowej Ligi Europy, to jest szansa się pokazać i trochę wypromować. Oczywiście absolutnie nie myślę teraz o transferze, proszę mnie dobrze zrozumieć. Zobaczymy jednak, co będzie za rok, półtora. Wtedy - przy korzystnej ofercie - mogę się zastanowić.
Był pan kiedyś na testach w Celtiku Glasgow. Dlaczego nie udało się trafić do szkockiego klubu?
- Szkoci byli wtedy przed Ligą Mistrzów i dwumeczem z Barceloną. Wszyscy byli zatem w dobrej formie, doskonale wytrenowani. A ja odstawałem od nich pod każdym względem, bo byłem po sezonie. Te testy nie mogły zakończyć się powodzeniem. Gdyby trafiły się w trakcie rozgrywek, to miałbym duże szanse. Cóż - było, minęło.
W Poznaniu gra pan z numerem 2 na koszulce. Sam pan wybierał?
- Kierownik zapytał mnie, czy może być dwójka i się zgodziłem. Nie przywiązuję bowiem wielkiej wagi do numerów. W Metaliście grałem z szóstką, w Arsenalu Kijów z dwójką, a w Wołyniu Łuck z piątką. Dla mnie to nie ma większego znaczenia.
Mówi się też, że wrócił pan do Polski, by być bliżej kadry narodowej. To prawda?
- Oczywiście ta sprawa była istotna, ale nie patrzyłem tylko przez ten pryzmat. Wiem bowiem, że jeśli będę wyróżniającym się zawodnikiem na lewej obronie, to powołanie w końcu przyjdzie. Chciałbym na swoją szansę zasłużyć dobrą grą, a nie liczyć na zlitowanie się nade mną trenera. Wszystkie mecze polskiej ligi są w telewizji i nie ma naprawdę problemów z oglądaniem mnie. Na Ukrainie nikt z obecnego sztabu reprezentacji mnie nie odwiedził. Wcześniej, kiedy selekcjonerem był Paweł Janas, to przyjechał Maciej Skorża.