Były bramkarz Piasta Gliwice we wtorek podpisał umowę z Lechem Poznań. Z Kasprzikiem rozmawialiśmy w poniedziałek.
WIELKOPOLSKI SPORT: W ostatnich latach Lech nie miał klasowego bramkarza - Krzysztof Kotorowski i Ivan Turina popełniali błędy, Emilian Dolha nie wytrzymał presji. Pan nie boi się grać przy takich kibicach, jacy są w Poznaniu?
GRZEGORZ KASPRZIK: - Nie, mi kibice nie przeszkadzają, a presji nie czuję. Do każdego meczu trzeba podejść podobnie, mocno się skoncentrować. W Gliwicach też presja była, bo przecież walczyliśmy o utrzymanie się w lidze. Ba, walczyliśmy do samego końca rozgrywek.Trzeba się mocno zaangażować w to, co się robi. Jak będzie w Poznaniu? Nie wiem jak to było z poprzednimi bramkarzami, ale ja takich problemów nie mam.
Czyli odporność psychiczna jest Pana mocną stroną?
- Chyba tak, przynajmniej tak mi się wydaje. Wiele w życiu przeszedłem, wiele mnie to życie nauczyło. Także pewnej odporności.
Lech interesował się Panem od kilku miesięcy. Kiedy działacze klubu z Poznania skontaktowali się z Panem?
- Rzeczywiście, pierwze sygnały o zainteresowaniu Lecha doszły do mnie na początku rundy wiosennej, ale ten kontakt nastąpił całkiem niedawno. Szybko dogadaliśmy się, bo Lech miał dla mnie konkretną propozycję. Czekałem jeszcze tylko na zgodę Piasta.
Dziś szefowie Piasta zaakceptowali warunki Lecha.
- Wiem, i dlatego jestem w drodze do Poznania. Chciałbym jeszcze w poniedziałek dopełnić wszystkich formalności, a jak się nie uda, to we wtorek rano.A później jest trening.
Kontrakt ma być czteroletni, to szmat czasu. Wypełni go Pan w Poznaniu, czy Lech ma być odskocznią do klubu z lepszej ligi?
- Nie myślę teraz o tym. Na razie moim celem jest wywalczenie sobie miejsca w drużynie, chciałbym bronić. Choć wiem, że nie będzie o to łatwo.
A osoba trenera Jacka Zielińskiego, z którym pracował już Pan w swojej karierze, miałą wpływ na tę decyzję?
- Spokojnie, Lech był zainteresowany moją osobą, zanim jeszcze pan Zieliński został jego trenerem. Choć cieszę się, że to on poprowadzi Lecha, bo wiem, jakie podejście ma trener Zieliński do zespołu.
Czy w rozmowach z działaczami Lecha dostał Pan gwarancję, że może liczyć na pewien kredyt zaufania i - przynajmniej na początku - pozycję pierwszego bramkarza?
- Nie było mowy o takich deklaracjach. To byłaby głupota, gdybym czegoś takiego żądał już na starcie. Dla mnie już to, że Lech tak profesjonalnie podszedł do negocjacji, jest sygnałem, że mu zależy. Że widzi mnie w swoim składzie. Mam nadzieję, że jako mocny punkt. A żadnej deklaracji o pewnym miejscu w składzie mieć nie muszę. Chciałbym to sam wywalczyć.
Zna Pan któregoś z zawodników Lecha?
- Prawie wszystkich z boiska. A bliżej to tylko Sławka Peszkę, z którym grałem jeszcze w Płocku. Resztę wkrótce też poznam.
Grał Pan też w futsalu, czyli halowej piłce nożnej. Bramkarzowi to pomaga?
- Wiele aspektów futsalu jest przydatnych, choćby gra nogami czy refleks. Tam wszystko się szybciej dzieje, akcje przenoszą się spod jednej bramki pod drugą w mgnieniu oka. Cały czas trzeba być skoncentrowanym. Bardziej niż na dużym boisku.
Sam Pan wielokrotnie wspominał o kilku momentach przełomowych w Pana życiu. Transfer do Lecha to jeden z nich?
- Życie to dopiero pokaże, ale liczę, że transfer ten będzie z korzyścią i dla mnie i dla klubu.