WIELKOPOLSKI SPORT: Co czuje sportowiec, który po ponad dwudziestu latach gry w koszykówkę zakończył właśnie karierę sportową?
DARIUSZ PARZEŃSKI: Cały czas bałem się tego momentu. Dlatego nie ukrywam, że łza mi się w oku zakręciła, gdy uświadomiłem sobie, że właśnie zamknąłem jakże ważny etap w swoim życiu. Mogę zapewnić, że niczego nie żałuję. Czuję się spełnionym koszykarzem i gdybym mógł jeszcze raz dokonać wyboru drogi życiowej, to nic bym nie zmienił!
Który okres w karierze będzie więc pan wspominał najmilej?
Całą swoją karierę będą miło wspominał. Najwięcej satysfakcji dostarczyły mi jednak występy w Śląsku Wrocław i w Mazowszance Pruszków. Dziewiętnaście lat gry na parkietach ekstraklasy było jednak dla mnie wciąż nowym wyzwaniem i nowym doświadczeniem, ponieważ tak naprawdę każdy sezon czegoś nowego mnie nauczył!
Ostatnim przystankiem w karierze była gra w Open Basket.
Tak naprawdę karierę sportową zakończyłem przed trzema laty. Występy w Rawiczu czy w Pleszewie traktowałem już bardziej jako czas „roztrenowania”. Zapewniam jednak, że do swoich obowiązków podchodziłem zawsze bardzo rzetelnie. Grałem zawsze na tzw. „maxa”. A wracając do gry w Open Basket, to muszę powiedzieć, że okres gry w tym klubie był dla mnie wspaniałym czasem i doświadczeniem! A ponieważ właśnie w barwach klubu z Pleszewa przyszło mi zakończyć grę w koszykówkę, to miasto i ten klub zajmować będą poczesne miejsce w moim sercu!
Jak wyglądać będzie Pana dalsza droga?
Od trzech lat moim głównym zajęciem jest już praca w roli architekta. Występując w barwach Śląska, zdałem sobie sprawę, że w koszykówkę nie będę grał do końca życia i dlatego już wtedy postanowiłem poszukać alternatywy. Znalazłem ją na studiach architektonicznych.
Czy to oznacza całkowity rozbrat z koszykówką?
W pewnym sensie tak. Co prawda trenuję młodzież, ale coraz bardziej brakuje mi na to zajęcie czasu. Teraz postanowiłem skoncentrować się na pracy w biurze architektonicznym, a także zamierzam jak najwięcej wolnych chwil przeznaczyć rodzinie. Po prostu muszę oddać im ten czas, który gdzieś utraciliśmy w związku z moją grą w koszykówkę.
Kontynuatorem pańskiej kariery ma być syn Jakub. Czyja to była decyzja?
Na pewno miałem jakiś wpływ na wybór drogi życiowej mojego 18-letniego syna. Gdy występowałem w Pruszkowie, czteroletni wówczas Jakub bywał niemal na każdym moim treningu. Poza tym już wtedy zaczął trenować, opłacałem mu nawet zajęcia z prywatnym trenerem. Można więc powiedzieć, że od urodzenia był już dziedzicznie obciążony i nie miał wyjścia, jak tylko zacząć grać wyczynowo w koszykówkę.
Tymczasem syn przerósł już pana wzrostem...
Jestem przekonany, że przerośnie mnie także i pod względem dokonań sportowych. Kuba ma naprawdę ogromne predyspozycje do tego, by być wielkim koszykarzem! Dzięki jego grze, nazwisko Parzeński wciąż więc będzie żywe w polskim baskecie! I to jest dla mnie największa satysfakcja!