WIELKOPOLSKI SPORT: Jak z perspektywy czasu ocenia pan swoją pracę w Open Basket?
MAREK ŚMIŁOWICZ: Bardzo sympatycznie. Chociaż nie ukrywam, że zupełnie zaskoczyła mnie in minus część kibiców, która była do mnie bardzo nieprzychylnie nastawiona.
Z czego wynikała ich niechęć?
Trudno mi powiedzieć... Długo się nad tym zastanawiałem i podejrzewam, że być może ta niechęć wzięła się stąd, że nie za bardzo widziałem w składzie pleszewskich koszykarzy. U mnie bowiem zawsze grali ci, którzy sobie na to zasłużyli! Być może też „podpadłem” kibicom jeszcze w ubiegłym sezonie, kiedy to z drużyny w dość burzliwych okolicznościach odchodził Piotr Nizioł. Wielu kibiców myśli, że była to tylko moja decyzja, a tak nie było do końca...
Był więc pan zaskoczony, że został zwolniony po wygranym meczu?
Nie ukrywam, że sam już wcześniej myślałem o rezygnacji. Moje odczucia zbiegły się z odczuciami prezesa i dlatego rozstaliśmy się w bardzo przyjaznej atmosferze. Pan Nowaczyk nie miał żadnych pretensji, jeśli chodziło o wynik sportowy. Niestety nagonka na moją osobę, przetaczająca się szczególnie mocno na internetowych forach, psuła wizerunek klubu. Proszę zwrócić uwagę na to, że czy wygrałem, czy przegrałem mecz, to i tak zawsze mnie wręcz opluwano w internecie... W sumie jednak i tak zmuszony byłbym odjeść z klubu, bo czeka mnie operacja barku, a potem związana z nią długa rehabilitacja. Moje odejście było więc przesądzone...
Rozumiem, że bardzo bolały pana nieprzychylne opinie kibiców?
Oczywiście, że tak. Ludzie ci pisząc anonimowo, często wypisywali totalne bzdury. Starałem się mieć do tego dystans, ale jednak trudno pracowało się w takiej atmosferze. Na przykład na meczu w Siechnicach jeden z kibiców Open Basket podszedł do mnie w przerwie spotkania i dał taki popis, że było to dla mnie szokiem. Ja przecież ten mecz wygrałem! Poza tym odniosłem wrażenie, że nagonkę na moją osobę rozpętał też Sławek Nowak. Twierdził, że to ja zadecydowałem, iż nie będzie on grał w Pleszewie. A prawda była taka, że nie dogadał się z prezesem. Żądał wysokich apanaży, ponadto jego zachowanie sprawiło, iż wspólnie z prezesem doszliśmy do wniosku, że takiego zawodnika nie potrzebujemy w składzie! Nieprzychylny był mi też ojciec Alana - pan Urbaniak. Nic tym ludziom nie zrobiłem. Nie wiem z czego to się wzięło, że oni tak odnosili się do mnie...
A wykonał Pan dobrą robotę w Open Basket?
Myślę, że nie najgorszą.. Gdy odchodziłem z Pleszewa, Open Basket miał na swoim koncie pięć wygranych i trzy porażki. W poprzednim sezonie zanotowałem z drużyną serię kilku meczów bez przegranej, ale nie wszyscy kibice potrafili to docenić!
Wadim Czeczuro ma duży kredyt zaufania. Nie zazdrości mu pan tego?
Wadim to mój kolega, dobry fachowiec i trener. Rzeczywiście ma duże zaufanie u kibiców, bo nawet po przegranym meczu w Opolu pisali w internecie, że nic się nie stało. Ja pewnie po takiej porażce nie miałbym łatwego życia. Uważam jednak, że Dima tchnie nowego ducha w drużynę i z całego serca życzę mu, aby awansował z nią do play off!