|
|
Tak padł złoty gol Krzysztofa Kmiecia (nr 14) w piątej minucie dogrywki (fot. Andrzej Grupa)
|
Hokeiści na trawie Pocztowca Poznań bliżej tytułu mistrzów Polski! W pierwszym spotkaniu finałowym rozgrywek zespół Zbigniewa Rachwalskiego po dogrywce pokonał drużynę Grunwaldu 2:1. Drugi mecz obu ekip w sobotę, na boisku łącznościowców.
Od 1993 roku, z przerwą na sezon 1999/2000, gdy do finału trafiła zdegradowana właśnie z ekstraklasy Polonia Środa Wlkp., o złote medale mistrzostw Polski grają ze sobą tylko Grunwald i Pocztowiec. Obie drużyny nie mają przed sobą tajemnic, a mimo to ich mecze są ciekawe i zacięte. Nie inaczej było i tym razem.
"Na papierze" faworytem był Grunwald - zespół wyżej notowany po rundzie zasadniczej, nie mający takich problemów w play-off, jak Pocztowiec, który wymęczył awans do czołowej czwórki z Gąsawą. - Tu nie ma faworyta, każde rozwiązanie jest możliwe - mówił znany poznański dziennikarz i rzecznik prasowy PZHT Andrzej Kuczyński. To, że w październiku ubiegłego roku Grunwald wygrał z Pocztowcem przy Promienistej 5:2, nie miało teraz większego znaczenia. Na dodatek łącznościowcy tuż przed finałem się wzmocnili - z Holandii wrócił Mirosław Juszczak. Pocztowiec zgłosił go do rozgrywek dzień przed finałem!
To jednak nie Juszczak, a Krzysztof Kmieć został bohaterem pierwszego meczu. Meczu, który był toczony chyba w najgorszych warunkach w historii. Tuż przed spotkaniem zaczęło mocno lać, na dodatek ochłodziło się, wiał chłodny, nieprzyjemny wiatr. Sędziowie już po kwadransie gry pytali o możliwość włączenia sztucznego oświetlenia, bo przez ścianę wody piłkę było coraz gorzej widać.
W pierwszym fragmencie Grunwald zepchnął gości do obrony, po kilku minutach gra się jednak wyrównała. Obie ekipy miały świetne okazje po krótkich rzutach rożnych - strzały Tomasza Dutkiewicza i Mirosława Juszczaka nie były jednak skuteczne. Widać było respekt, jaki obie drużyny czują przed sobą. Trenerzy Eugeniusz Gaczkowski z Grunwaldu i Zbigniew Rachwalski z Pocztowca stali przed ławkami rezerwowych. Tyle że pierwszy pod parasolem, a drugi na deszcz nie zwracał uwagi. - Chcę być z chłopakami - odpowiadał opiekun Pocztowca, gdy zaproponowano mu miejsce pod dachem na ławce rezerwowych.
W regulaminowym czasie obie ekipy zmarnowały po trzech krótkich kornerach. Gole padły za to z akcji - najpierw trafił najlepszy snajper ligi, już niemal pewny zwycięzca "Złotej Laski" Marcin Strykowski, odpowiedział zaś Krzysztof Kmieć. W 65. minucie Pocztowiec powinien przesądzić losy meczu - trzech jego zawodników mogło z metra trafić do bramki Grunwaldu - wszyscy się zawahali. Zwycięzcę pierwszego meczu miała więc wyłonić dopiero dogrywka lub rzuty karne.
- Spokojnie, bez ryzyka - mówili obaj szkoleniowcy przed rozpoczęciem dodatkowego czasu gry. Przez te pięć minut, czyli aż do drugiego gola Kmiecia, nic ciekawego na boisku się nie działo. Aż wreszcie akcję przeprowadził Pocztowiec. Akcję, która stawia go w świetnej sytuacji w walce o złoto. - To dopiero pierwsza połówka tego dwumeczu. Jesteśmy w korzystnej sytuacji, tym bardziej, że chyba nikt nie spodziewał się naszego zwycięstwa. Ale spokojnie, teraz misumy się skoncentrować, bo jutro czeka nas drugi mecz - stwierdził trener Pocztowca Zbigniew Rachwalski.
Grunwald Poznań - Pocztowiec Poznań 1:2 (1:1, 0:0) po złotym golu
Bramki: 1:0 Strykowski (45.), 1:1 Kmieć (59.), 1:2 Kmieć (75.)
|