|
|
Isaak Waweru Macharia mija linię mety (fot. Krzysztof Kaczyński)
|
Kenijczyk Isaac Waweru Macharia został zwycięzcą 11 Poznań Maratonu im. Macieja Frankiewicza. Na mecie uzyskał daleki od rekordu imprezy czas - 2:16:27. Wśród kobiet najlepsza okazała się Białorusinka Maryna Damancewicz.
Niespodzianki nie było. Zgodnie z oczekiwaniami triumafator biegu wyłonił się z grona afrykańskich zawodników, którzy zawitali do stolicy Wielkopolski. Ich kilkuosobowa grupa przewodziła stawce prawie przez całą trasę. Kilkanaście kilometrów przed metą zaczęła się kurczyć, bowiem słabsi nie wytrzymywali już tempa. Najszybszy okazał się 23-letni Kenijczyk Isaac Waweru Macharia, który osiągnął rezultat 2:16:27. Był to już czwarty z rzędu sukces zawodnka z tego kraju w poznańskim biegu. Do pobicia rekordu jego rodaka Matthew Kosgei sprzed dwóch lat (2:13:45) sporo jednak brakowało. - Nasza trasa jest dobra i szybka, ale na drugim okrażeniu elita musi biec między tysiącami amatorów. To sprawia, że ma małe szanse na poprawienie najlepszego rezultatu - tłumaczy dyrektor imprezy Janusz Rajewski.
Pięć sekund za zwycięzcą metę minął Etiopczyk Haile Kindeya Tesfaye, a trzeci dobiegł kolejny zawodnik z Kenii - Philemon Kemei Kimayio. Za tą trójką finiszował nalepszy z Polaków - Michał Smalec, który długo należał do wyróżniających się zawodników. Co ciekawe, był to jego debiut na tym dystansie! - Do dwudziestego kilometra miałem 200 metrów straty do Kenijczyków. Później się z nimi zrównałem i nawet trochę oderwałem. Wiedziałem jednak, że po trzydziestu kilometrach "przyjdzie ściana". I przyszła. Pojawiły się skurcze i momentami prawie nie mogłem ruszać nogami. Walczyłem do końca i jestem zadowolony, że... żyję i dobiegłem do mety - śmiał się reprezentant Podlasia Białystok.
Swoja lokatę zawdzięcza on także kłopotom Białorusina Andrieja Gordiejewa, który w końcówce pomylił trasę. - Biegłem na czwartej pozycji. Po 41. kilometrze powinni mnie skierować w prawo do mety, ale tego nie zrobili. Pobiegłem 300 metrów za amatorami i wracając na dobrą drogę, straciłem prawie dwie minuty. Myślę, że sędzia powinien coś zrobić. Na innych maratonach odliczali ten stracony czas. Myślę, że zawodnicy przede mna w geście fair play powinni oddać mi to czwarte miejsce - mówił rozżalony Bialorusin. - Gordiejew biegał już w Poznaniu i wie, jak ta trasa wygląda. Być może wysiłek spowodował, ze skoncentrowany na biegu nie mógł przypomieć sobie drogi. Ale może także zabrakło osób, które powinny go odpowiednio skierować - tłumaczy Rajewski.
Więcej powodów do zadowolenia miała trenowana przez Gordiejewa Maryna Damancewicz. Białorusinka okazała się bowiem najlepsza w gronie pań, bijąc swoj rekord życiowy czasem 2:36:26. Druga ze sporą stratą finiszowała Arleta Meloch. - Nie ma co ukrywać, rywalka była lepsza. Poza tym od 30. kilometra biegłam z bolącą łydką. Chyba ścięgno się naciągnęło. Z zacisniętymi zębami ale wytrwałam do końca. Jestem zadowolona, choc wynik na pewno mógłby być lepszy - komentowała triumfatorka z 2008 roku.
Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom organizatorów, nie udało się poprawić rekordu frekwencji poznańskiej imprezy. Na starcie stanęło 3972 biegaczy z 23 państw, a do mety dotarło 3871. - To mały spadek w stosunku do zeszłego roku (4018 - red.), ale po jubileuszu zawsze frekewncja jest trochę mniejsza. Poza tym trochę uczestników odebrał nam maraton w Dębnie. Miał się odbyć w kwietniu, ale z powodu katastrofy smoleńskiej został przełożony na jesień i odbędzie się za dwa tygodnie. Wiele osób już wcześniej opłaciło tam start i zapewne nie chcieli już rezygnować - tłumaczy Janusz Rajewski. Mimo to, poznański maraton wciąż pozostaje największą tego typu imprezą w Polsce.
|