|
|
Publiczność na meczu w wągrowieckiej hali. (fot. Krzysztof Kaczyński)
|
Od niemowlaka liczyła się dla mnie tylko jedna dyscyplina sportu. Tylko ona miała jakiś sens, a reszta jakby nie istniała. Nie porywały mnie Igrzyska Olimpijskie, skoki narciarskie, wyścigi, rajdy, boks, brydż czy pływanie synchroniczne. Była tylko ona - piłka nożna.
I liczył się tylko jeden klub - Lech Poznań. Nie tam jakieś Barcelony, Manchestery czy inne Argentyny. Niestety na osiedlu zawsze byłem najmłodszy i przypadała mi rola bramkarza. Nikt mi nie pozwolił założyć koszulki z numerem 10 i udawać Okonia. Zawsze byłem Jarkiem Bako lub Sidorczukiem - tym, który puszcza "babola" w meczu z IFK Goteborg. W podstawówce przez osiem lat na lekcjach wychowania fizycznego błagaliśmy naszego nauczyciela, żeby dał nam pograć w kopaną... no ostatecznie w kosza. Byliśmy jednak bez szans. Stanisław Igel (ten sam, który obecnie trenuje szczypiornistki AZS AWF Poznań) był twardym zawodnikiem. Liczyła się tylko piłka ręczna. Ostatecznie nikt nie miał mu tego za złe, bo był naprawdę fajnym facetem. Ale dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wydawać by się mogło, iż na tym moja historia ze szczypiorniakiem dobiegła końca. Otóż nie.
Od lat chodzę na Kolejorza. Jestem kibolem, mogę to śmiało powiedzieć. Fascynuje mnie atmosfera na trybunach, całkowite oddanie niebiesko-białym barwom przez takie rzesze ludzi. Nie sposób wyobrazić sobie, że w Polsce można spotkać tylu fanów, wręcz fanatyków innej dyscypliny, niż piłka nożna. No jest jeszcze żużel, ale bez urazy - ten sport do mnie jeszcze nie trafił. Jednak ponad rok temu dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się na pierwszoligowym meczu piłki ręcznej pomiędzy Nielbą Wągrowiec a Śląskiem Wrocław. Cóż to było za wydarzenie! Hala w małym Wągrowcu pękała w szwach, ponad tysiąc kibiców na trybunach, wszyscy na żółto, uśmiechnięci i głośno dopingujący przez całe spotkanie. Wtedy właśnie Nielba stawiała kropkę nad "i" swojego awansu do ekstraklasy. Był to mój pierwszy mecz szczypiorniaka oglądany na żywo. To wydarzenie wywarło na mnie piorunujące wrażenie. Gdy emocje opadły pomyślałem sobie, że przecież to był mecz o stawkę, spotkanie lidera z drugą drużyną w tabeli, siłą rzeczy musiał przyciągnąć takie tłumy. Ogarnęło mnie zdziwienie, gdy na kolejny mecz przyszło niewiele mniej ludzi, równie rozentuzjazmowanych jak przed dwoma tygodniami.
Nielba weszła do Ekstraklasy. Początek rozgrywek może nie był w jej wykonaniu rewelacyjny, ale potem już było tylko lepiej. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że przecież jestem na każdym meczu w Wągrowcu! Ja - kibic Lecha, który poza piłką nożną nie widział niczego innego. Jakaś magiczna siła pchała mnie do samochodu i kazała gnać 60 kilometrów za Poznań, aby przeżyć coś fantastycznego. Patrząc w lustro przecierałem oczy ze zdziwienia. Pojawiłem się też kilka razy w Poznaniu na meczach Grunwaldu. Atmosfera na trybunach jest tam zgoła odmienna, ale widzę, że Ci, którzy przychodzą do hali przy ulicy Newtona czują dokładnie to samo co ja. Są uzależnieni. Nie wiem co za tym stoi. Może widok ogromnej i nieskrywanej radości zawodników po udanej akcji, może wyraz dumy na twarzach bramkarzy i zaciśnięta pięść w geście zwycięstwa po obronionym rzucie. A może to, że zawodnicy są tak blisko swoich kibiców i tworzą jakby jeden wielki spektakl emocji. Może jeszcze coś innego?
Zapytałem o to "coś" mojego bardzo dobrego znajomego, który od wielu lat jest kibicem Nielby. Zapytałem wprost, co go ciągnie na mecze do hali w Wągrowcu. Odpowiedział bez wahania: - Zapach. Zapach emocji, zapach walki, zwycięstwa, porażki, potu, radości, kleju, łez. To jest mój zapach, zapach który znam od dziecka, zapach którego nie idzie się pozbyć, zapach którym przesiąkasz. Zapach Nielby.
|