|
|
(fot.A.Grupa)
|
Siatkówka wciąż idzie do przodu, a koszykówka jest w ciągłym odwrocie - takie opinie można usłyszeć od kilku lat w Polsce. Może to i prawda. Ale nie w Poznaniu - to miasto było, jest i będzie koszykarskie. A utwierdza mnie w tym przekonaniu coraz bardziej zapełniona Arena podczas meczów beniaminka męskiej ekstraklasy, PBG Basket Poznań.
Nie ma wątpliwości, że na pierwszym miejscu pod względem zainteresowania jest w stolicy Wielkopolski piłkarski zespół Lecha Poznań. Nadchodzą jednak długie zimowe wieczory, kiedy piłkarze Kolejorza odpoczywają na urlopach lub przygotowują się do nowej rundy na zgrupowaniach. Nie da się wtedy zabić nudy wizytą na stadionie przy ulicy Bułgarskiej. Chyba, że ktoś lubi wycieczki na obiekty sportowe, kiedy akurat na nich nic się nie dzieje...
Pozostają wtedy dyscypliny halowe, a nie ma wątpliwości, że najpopularniejsze spośród nich są siatkówka i koszykówka. I między nimi toczy się odwieczny bój o palmę pierwszeństwa. Górą jest teraz ta pierwsza dyscyplina, napędzana co roku komercyjną Ligą Światową. Wielogodzinnymi transmisjami telewizyjnymi, ale także sukcesami. Wystarczy przypomnieć dwa tytuły mistrzyń Europy Złotek, czy wicemistrzostwo świata siatkarzy. A koszykówka dopiero wydobywa się z kryzysu, przełomowe mają być tegoroczne mistrzostw Europy, które odbędą się w naszym kraju.
W Poznaniu jednak tendencje są dokładnie odwrotne niż w całym kraju. Wynikają tylko i wyłącznie z jednego: TRADYCJI. Pod tym względem siatkarze mogliby nosić buty za koszykarzami. Porównanie? Specjaliści od rzucania piłki do kosza dali miastu 20 tytułów mistrza kraju - szesnaście wśród mężczyzn i cztery wśród kobiet. Niezapomnianie mecze w europejskich pucharach. Do dziś pamiętam wypełnioną po brzegi Arenę, kiedy Lech był sensacyjnie w czołówej ósemce klubów europejskich. Albo kiedy koszykarki Olimpii grały finał Pucharu Ronchetti lub zajmowały trzecie miejsce w Pucharze Europy. Siatkówka pod tym względem nie może się równać. Owszem, w Kaliszu czy Pile jest sportem numer jeden, ale nie w stolicy regionu. Jeden złoty medal zdobyty w zamierzchłych czasach przez zawodniczki Warty to cały dorobek. Wstydliwy jest bilans tej dyscypliny w męskim wydaniu. Ogranicza się do jednego sezonu Posnanii w gronie najlepszych na początku lat 80.
O tym, że Poznań jest miastem zdecydowanie koszykarskim, przekonuje powrót do koszykarskiej ekstraklasy za sprawą ekipy PBG Basket. Każdy kolejny mecz gromadzi więcej osób na trybunach Areny. Może dojść do sytuacji, że podczas play-off będzie można w końcu ściągnąć banner reklamowy zakrywający cały sektor za jednym koszem. Ktoś może powiedzieć, że przecież mecze koszykarek już nie cieszą się takim zainteresowaniem. Pewnie, ale nie przychodzi na nie wcale mniej osób niż podczas sezonu sprzed kilku lat, w którym akademiczki w siatkówce niespodziewanie biły się o złoty medal. Do pomieszczenia wszystkich chętnych wystarczała wtedy malutka hala przy ul. Chwiałkowskiego. Niedaleko jest obiekt POSiR, gdzie na przełomie lat 80. i 90. trzeba było pojawić się często dwie godziny przed meczem, żeby mieć szansę obejrzeć w akcji koszykarki Lecha czy Olimpii. I jeszcze porównanie z siatkarzami, którzy nie tak dawno mieli mocarstwowe plany. Miał być awans do PLS. A tymczasem ciężko było zebrać w obiekcie przy Drodze Dębińskiej 500 osób.
Pewnie - jedni wolą wakacje w górach, a inni nad morzem. Tak samo jest z siatkówką i koszykówką. Gołym okiem widać jednak, że ta druga jest w Poznaniu górą. Potrzeba jeszcze jednego sprytnego zabiegu, żeby Arena zrobiła się za mała. Pora wrócić do nazwy Lech. Wtedy przypomni się wcale nie tak odległa historia i głośny okrzyk "Kosz, kosz, kosz Kolejorz", który niósł się pod kopułą Areny, kiedy na parkiet wybiegali Eugeniusz Kijewski (dzisiaj trener PBG), Tomasz Torgowski czy Jarosław Jechorek. Rozmowy w sprawie nazwy toczyły się już w ubiegłym roku. W tym mają być wznowione. Piłkarski Lech już nie chce postawić veta w sprawie tego pomysłu. Pod pewnymi warunkami, ale jest za. Trzymamy kciuki, żeby udało się tę operację doprowadzić do końca.
|